SŁONECZNY ROCZEK - PLANOWANIE

12:38:00 Alina Dobrawa 37 Comments

Jesteśmy, jesteśmy :). Mamy się świetnie tylko czasu brak. W sumie to czas jest, ale z Lili ciągle jesteśmy w rozjazdach. Mi się też nawarstwiło trochę spraw do pozałatwiania i niestety troszkę blog na tym ucierpiał.

A tu, roczek zbliża się wielkimi krokami. To już tak blisko, a ja mam tak niewiele. Na początku upierałam się, że roczek wyprawie Lili taki zwykły.
Po prostu cała rodzina przy stole, tort. Ot tak, nic nadzwyczajnego. Jednak im częściej o tym myślałam tym bardziej dochodziłam do wniosku, że to przecież roczek. Pierwsze urodziny mojej córki. Rok od kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam. Musi być inaczej, fajnie, kolorowo. Tak dla dziecka.
Co z tego, że Lili jest malutka i niewiele rozumie. Będą zdjęcia, które później będzie oglądać. No i nikt mi nie powie, że dziecko nie zauważy różnicy w kolorowo przyozdobionym stole i balonach w porównaniu do dekoracji typowo dorosłych.
A więc będzie u nas temat przewodni. Słonecznie, czyli żółto.

Właśnie tak to sobie wymyśliłam. W głowie już mam wszystko zaplanowane.
Cała impreza odbędzie się na dworze w altanie. Swoją droga altana jest w trakcie budowy, ale do czasu roczku będzie na pewno. Altana jak i meble w środku będą w kolorze ciemnego brązu, więc żółty ładnie się z tym skomponuje.
Zdecydowałam się, że zakupię w tym kolorze:
- tort - jeśli będzie ciężko to wezmę biały z żółtymi dodatkami (jak nawet z takim będzie problem to trudno, może sama jakoś przyozdobię)
- kubki - jednorazowe, plastikowe (będą idealne do zimnych napojów)
- balony - kilka razem upiętych w dwóch lub trzech miejscach (więcej nie, bo co za dużo to nie zdrowo)
- serwetki pod talerze - jednak, żeby nie było za mdło na żółtych ułożę też białe
- kwiaty - jeden lub dwa wazony z żółtymi i białymi kwiatkami (róże lub tulipany)
- świeczki - rozstawionych kilka, ale tych malutkich (tealight)
- dodatki - żółte, białe i może trochę brązu (co konkretnie to zdecyduję z czasem)
Lili wystąpi w żółto-białej sukience, która już do nas jedzie. Może znajdę jeszcze coś na główkę.

Lili rok skończy 4 czerwca, ale zdecydowaliśmy, że imprezę zorganizujemy jakoś w weekend. Prawdopodobnie już w następny, czyli siódmego. Wszystko zależy od tego kiedy M. będzie miał wolne na uczelni no i oczywiście pogoda musi sprzyjać. Po pierwsze dlatego, że wszystko jest robione na powietrzu, a po drugie to słoneczny roczek, czyli słońce musi być.

ŹRÓDŁO: https://pixabay.com/

37 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

21/52 - 2014

13:56:00 Alina Dobrawa 30 Comments

PORTRETY MOICH DZIECI, RAZ W TYGODNIU, CO TYDZIEŃ

21/52 - 2014

CHWILA NIEUWAGI

30 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

PRZEPIS NA JAJECZNICĘ DLA DZIECKA

14:40:00 Alina Dobrawa 31 Comments

Jajko w diecie niemowlaka jest bardzo ważne. Zaleca się, aby podawać samo żółtko od 7 miesiąca życia, a całe jajko od 11 miesiąca i to, aż 3-4 razy w tygodniu.
Na początku dodawałam je do obiadku, ale teraz szukam przepisów, gdzie jajko jest najważniejszym składnikiem. Pomysł na jajecznicę na parze znalazłam jakiś czas temu i Lili dosyć często zjada ją na śniadanie.

JAJECZNICA (NA PARZE) Z BAZYLIĄ

SKŁADNIKI:
- jajko - 1 szt.
- masło
- bazylia
PRZYGOTOWANIE:
Zagotowuję wodę w garnku i wkładam do niego miseczkę. Wybieram takie naczynia, aby miska nie dotykała dna garnka. Do miseczki wkładam odrobinę masła. W momencie, kiedy się rozpuszcza, rozbijam jajko w innej miseczce i mieszam, aby połączyć żółtko z białkiem. Gdy masło jest rozpuszczone, przelewam całą masę do miseczki. W miarę ścinania się jajka mieszam, aż do uzyskania jajecznicy. Gotowe przekładam na talerzyk i posypuję bazylią.
Za każdym razem używam innych ziół. Była już jajecznica z bazylią, koperkiem, tymiankiem, czy mieszanką kilku ziół.


31 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

MOJA HISTORIA KARMIENIA PIERSIĄ

13:05:00 Alina Dobrawa 71 Comments

Do napisania tego teksu, siadałam kilka razy. Ostatnio miesiąc temu i później często zapominałam, żeby dokończyć, ale ostatnie poruszenie na ten temat mnie zmobilizowało. Tak więc w końcu skończyłam, by dać Wam poznać jak to było ze mną i Lili w sprawie karmienia piersią.

Lilia karmiona tylko moim mlekiem była przez zaledwie 2 i pół tygodnia, a przez następne niecałe 3 była już dokarmiana mlekiem modyfikowanym. Tak jak wzrastała liczba podań butelki tak samo malało przystawianie do piersi.

Zacznijmy od początku. Pierwszy raz nakarmiłam Lili jakieś 7 godzin po porodzie, cudownie to wspominam. Wspaniałe uczucie, które było dla mnie wynagrodzeniem porodu. Mleczka było dużo, a Lili idealnie radziła sobie ze ssaniem. Stworzyłyśmy zgrany duet. Najadła się, odsapnęła i błogo zasnęła, a ja poczułam, że odniosłam mały sukces. Po raz pierwszy nakarmiłam swoją córkę.
To niestety koniec pozytywnej części mojej historii. Czar prysł przy drugim karmieniu. Pełna entuzjazmu, zadowolona chcę znowu nakarmić Lili i po chwili ssania zaczyna boleć. To nic, jestem matką, dzielną matką, zaciskam zęby, łzy płyną po policzkach, ale karmię. Lili głodna, więc muszę ją nakarmić, wytrwałam. Lili się najadła, a ja byłam górą, że się nie poddałam.
Przy następnym karmieniu użyłam już nakładek i na chwilę znów było dobrze. Z jednej strony sobie pomogłam z drugiej zakończyłam karminie "czystą" piersią. Przez dwa dni karmiłam na zmianę. Raz z nakładką, raz bez. Kiedy sutki już nie bolały, a krew nie leciała jedno karmienie przywracało wszystko. Później już Lili sama wybrała. Kiedy chciałam jej podać pierś bez nakładki nie było mowy, by chwyciła. Przyzwyczaiła się po prostu.
Kiedy na nowo zrozumiałyśmy się z Lili i karmienie jakoś zaczęło nam wychodzić, napotkała mnie kolejna przeszkoda. W trzeciej dobie dostałam nawału pokarmu. Coś tam o tym czytałam, więc można powiedzieć, że teoretycznie byłam na taką możliwość przygotowana, ale tak mi się tylko wydawało. Po przebudzeniu nie poznałam swojego biustu. W ciąży urósł, wiadomo jednak przy nawale zrobił się gigantyczny. Do tego ból i ciągłe uczucie napięcia. Pierwsze co mi przyszło do głowy to laktator, ale położna odradziła. Kazała wejść pod prysznic i pod ciepłym strumieniem wody masować piersi, tak też robiłam. Kilkanaście razy dziennie i pod koniec na samą myśl, że mam iść pod prysznic zaczynałam płakać. Nie miałam już sił, a musiałam, bo tak napiętych piersi Lili nie mogła uchwycić. Wszystko trwało niecałe dwie doby. Koszmarnie długie i wyczerpujące dwie doby.
Od tej pory znowu jakoś zaczęło nam iść. Oczywiście cały czas z nakładkami. Ja piersi miałam już całkowicie wygojone, ale Lila nie potrafiła już bez nich uchwycić. Tak więc niby miałam wygodę jaką jest karmienie piersią, ale cały czas musiałam myć i wyparzać nakładki, jak z butlą.
Po tygodniowym pobycie w szpitalu, w końcu wróciłyśmy z Lileczką do domu. Karmienie szło nam dobrze. Położna dała kilka cennych wskazówek, a Lili pięknie piła, a co najważniejsze, ja miałam bardzo dużo pokarmu. Lila ze ssaniem cały czas nie miała problemu, 15 minut i była najedzona. Jak najadła się na noc, to budziła się dopiero rano.
Dokładnie po tygodniu od wyjścia ze szpitala, po przespanej nocy obudziłam się kiepskim samopoczuciem. Wszystko szybko się rozwinęło, bo po chwili doszedł ból głowy, nudności i temperatura. Zadzwoniłam do położnej z pytaniem, czy mogę karmić. Ta w odpowiedzi wręcz nakazała karmienie. Tak więc karmiłam, odciągałam, ale z godziny na godzinę czułam się coraz gorzej. W południe już nie miałam siły zwlec się z łóżka. Na całe szczęście M. był aktualnie na urlopie ojcowskim i cudownie spisał się jako tata i partner. Robił przy Lili wszystko, a mi tylko donosił ją na karmienie. Popołudniu było już ze mną kiepsko. Temperatura sięgnęła 40 stopni i zaczęłam widzieć podwójnie. Pojechaliśmy do lekarza, dostałam antybiotyk i naturalne zalecenia okładania piersi kapustą. W końcu pomogło, po kilku naprawdę ciężkich dniach doszłam do siebie.
Pomyślałam sobie, by to już w końcu był koniec. Oczywiście nie karmienia piersią tylko tych wszystkich problemów. Tego ciągłego płaczu, bólu, niezadowolenia. Chciałam w końcu jak na matkę przystało, zacząć normalnie dać jeść mojemu dziecku. Z uśmiechem na twarzy, przypływem endorfin i bez tej plastikowej nakładki.
Niestety zapalenie piersi spowodowało, że pokarm zrobił się jakiś jałowy. Tak jak Lili potrafiła najeść się do syta przez 15 minut, tak potem mogła ssać przez godzinę i ciągle była głodna. Na początku pomyślałam, że może mniej leci lub ona zaczęła gorzej ssać, ale po odciągnięciu mleczka i podaniu przez butelkę było to samo. Bez względu, czy podałam 30 ml, czy prawie 100 ml. Rada była jedna, podać mleko modyfikowane. Takie zalecenie dostałam też od mojej położnej. Na początku niewiele, ale z dnia na dzień w butelce było coraz więcej. W końcu Lili zaczęła protestować przy podawaniu piersi. Płakała, krzyczała, wierciła się, wiadome było, że się nie najada, ale chciałam, żeby piła chociaż trochę ze względu na witaminy.
W końcu się poddałam, tak po prostu, zrezygnowałam. Nie miałam już siły, a widok rozpłakanej Lili kiedy próbowałam jej podać pierś nie pomagał. Ja płakałam, ona krzyczała. Czas karmienia to był dla nas jakiś dramat.

Dziś nie poddałabym się. Wtedy zrobiłam to z czystej nie wiedzy, nikt mi nie pomógł, ale sama też nie szukałam pomocy. Przyjęłam wszystko tak jak się stało. Wydawało mi się, że tak musi być, teraz wiem, że w większości, karmienie siedzi w głowie.
Wiem, że może nie powinnam, ale mam trochę żalu do położnych. Zarówno do mojej jak i tych w szpitalu. Dla mojej najlepszą radą było podać mleko modyfikowane. Wiem, że na pewno chciała mi ulżyć i dbała, by Lili nie była głodna, ale może gdyby mnie bardziej zmobilizowała zawalczyłabym dłużej.

Tak jak już wspomniałam na początku, ten post nie bez powodu jest dokończony i wystawiony właśnie teraz. Jak czytam niektóre komentarze na blogach, czy gdzieś przewijające się na Facebooku to mnie krew zalewa. Dlaczego niektóre mamy karmiące piersią nie mogą zrozumieć, że innym to po prostu nie wychodzi lub nie mogą. Gdzie tam, po co pytać dlaczego podajesz mleko modyfikowane, lepiej od razu zmieszać Cię z błotem i napisać najgorsze. Oceniać zawsze jest najłatwiej.

Wczoraj też pierwszy raz trafiłam na tekst, który opisuje jakim to mleko modyfikowane jest złem (dla zainteresowanych: TUTAJ). Poważnie? Dla mnie i mojego dziecka to ratunek. Tak samo jak dla wielu innych kobiet, które w ogóle nie mogą karmić. W teksie od myślnika wypisane są przykłady chorób na jakie może zachorować dziecko w przyszłości, czytam i ryczę.
Skoro mleko modyfikowane jest takie złe to co ja mam podać dziecku? Przecież to też mleko. Nie trucizna, czy pasza dla świń, jak można czasem przeczytać. Wiadomo nie jest tak wartościowe jak mleko mamy, ale dzieci też się na nim rozwijają. I żeby było jasne, ja nie namawiam do karmienia mlekiem modyfikowanym.
Kiedy trafiam na te teksty jak i takie, w których mamy tak wspaniale opisują karmienie piersią jest mi smutno, ale też pogłębia się we mnie złość, że wtedy tak łatwo odpuściłam. Dla matek, które nie mogą karmić piersią, nie ma innego wyjścia niż podanie mleka modyfikowanego, a wpajanie im, że robią źle nie pomaga, a tylko pogrąża je w myśleniu, że są najgorsze. Nie było łatwo, ale może już nie wiele drogi zostało mi do pokonania, a ja się poddałam. I ciągle siedzę i myślę, patrzę na Lili, a w głowie mam myśli, czy ona będzie kiedyś w przyszłości przeze mnie cierpieć.

Bardzo chciałbym karmić piersią. Już nawet kilka razy mi się to śniło, że laktacja wróciła, a ja się tak cieszyłam. Niestety nic już tego nie przywróci, a ja dzięki tej całej nagonce mam żal za każdym razem kiedy przyrządzam butelkę. Mimo wszystko widok zdrowej i książkowo rozwijającej się Lili wynagradza wszystko.

Ostatnio wychodzę z założenia, ze każda matka na początku swej rodzicielskiej drogi powinna mieć wpajane, że jeśli drugiemu dziecku nie dzieję się krzywda to niech się nie wtrąca. Niech każda mama, wychowuje swoje dziecko tak jak chce, a przed krytyką może najpierw zapytajmy dlaczego tak się dzieję? Są kobiety, które potrafią zakatować własne dzieci, przypalać papierosami, czy pełno innych rzeczy o których nawet nie chce pisać, ale określenie "zła matka" najlepiej zostawić mamie, które podaje mleko modyfikowane.
Ciekawe nie? I takie smutne za razem.
I na koniec mała prośba. Może tak więcej życzliwości, wszystkim nam będzie wtedy łatwiej i weselej.

71 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

20/52 - 2014

13:06:00 Alina Dobrawa 26 Comments

PORTRETY MOICH DZIECI, RAZ W TYGODNIU, CO TYDZIEŃ

20/52 - 2014

PIERWSZE ZACZEPKI

26 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

25

10:40:00 Alina Dobrawa 61 Comments

Dziś mama ma swój dzień :). Lubię urodziny choć pewnie do czasu :).
Dziś już 25, ale wcale się na tyle nie czuję.




61 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

SPOTKANIE MAM BLOGEREK W POZNANIU

14:49:00 Alina Dobrawa 43 Comments

Cytując Anię (z bloga: PRZEWIJAK) w sobotę "wyszłam z bloga" :). Pierwszy raz i oczywiście z córką.
Całe spotkanie zorganizowała Marta (autorka bloga: TOMI & TOBI). Szczerze podziwiam i gratuluję, bo napracowała się strasznie. Oczywiście finał był świetny. Nie mam porównania, ale bardzo mi się podobało.
W końcu, mogłam porozmawiać z ciocią Lili, czyli Izą (z bloga: NIE TYLKO RÓŻOWO). Tak, jesteśmy rodziną i nawet mieszkamy w tym samym mieście, ale do tej pory nie miałyśmy okazji się bliżej poznać. Wszystko zmieniło się dzięki spotkaniu blogowemu. Nareszcie spotkałam się też z Anią i jej synkiem Ksawerym, którym Lili bardzo się zainteresowała :). I tak nie nagadałyśmy się tyle ile chciałam.

No dobrze, a teraz trochę szczegółów. Spotkanie odbyło się w centrum rozrywki - Madagaskar w Poznaniu (strona internetowa: TUTAJ). Jak na spotkanie z dziećmi miejsce Marta wybrała idealne. Ja byłam tam pierwszy raz i całość zrobiła na mnie spore wrażenie. Jestem pewna, że tam wrócę. Całe spotkanie trwało od 10.00 do 14.00 i cały ten czas zleciał mi bardzo szybko. Głównie dlatego, że ciągle musiałam uważać na Lili. Mała oszalała kiedy mogła raczkować jak szalona po macie i zaglądać do zabawek. Puściłam ją i już jej nie było. Jak się zmęczyła to chciała być tylko na rękach, bo jednak ludzi sporo i chyba była przestraszona. Zresztą chyba wszystkie dzieciaczki były pod wrażeniem tak kolorowego miejsca. Był też gość specjalny, czyli Król Aleks. Troszkę poplotkowałam z niektórymi mamami, ale zdecydowanie mi mało. Oczywiście była kawa, herbata zimne napoje i mnóstwo słodkości w tym tort zrobiony przez Izę, który osobiście dowiozłyśmy :). Były też losy, a uzbierane za ich zakup pieniążki trafią na konto chorego Wojtusia (więcej o Małym Bohaterze: TUTAJ).
Zapraszam na relację.








I zdjęcia wykonane przez Patrycję, czyli WEGNER-KEILING PHOTOGRAPHY (blog: TUTAJ i Facebook: TUTAJ).












Dziękuję wszystkim sponsorom spotkania za upominki.




Sponsorzy spotkania:
Brunio
MaBiBi
CzuCzu
Ojtyty

43 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

19/52 - 2014

12:38:00 Alina Dobrawa 26 Comments

PORTRETY MOICH DZIECI, RAZ W TYGODNIU, CO TYDZIEŃ

19/52 - 2014

TAKA POWAGA

26 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

PALMIARNIA POZNAŃSKA

13:31:00 Alina Dobrawa 22 Comments

Ci z Was, którzy śledzą nas na Facebooku (TUTAJ) wiedzą, że na ostatni dzień majówki postanowiliśmy odwiedzić ZOO w Poznaniu. Tak się cieszyłam i wyobrażałam jak Lili będzie reagować na zwierzaki. Niestety pogoda pokrzyżowała nasze plany. Od rano było pięknie, ale z godziny na godzinę robiło się coraz chłodniej i pochmurniej. Dlatego pierwszy wypad do ZOO został odwołany. Ja jednak byłam już nastawiona na dzień poza domem i nie odpuściłam wycieczki. Padło na Palmiarnię Poznańską.

Oczywiście to nie, to co ZOO, ale nie było źle. Najważniejsze, że Lili się podobało. Była pod ogromnym wrażeniem :). Jak tylko zobaczyła zwisające rośliny, zaczęło się. Śmiech, piski i krzyk :). Wyciągała rączki, chciała złapać każdy listek.
Cieszę się, że tam pojechaliśmy, ale zdecydowanie nie warto tam jechać w takie dni jak majówka. Ludzi było mnóstwo. Już na początku sporo czasu spędziliśmy w kolejce. Nie dało się wszystkiego obejrzeć na spokojnie, bo przy każdym dłuższym zatrzymaniu robiła się za nami kolejka. Zrobienie zdjęcia bez przypadkowych osób w tle to już w ogóle sukces. No i jazda wózkiem, w tak zatłoczonym miejscu to nie lada wyzwanie.
Pojedziemy tam jeszcze na pewno, ale w środku tygodnia.




22 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

11 MIESIĄC Z ŻYCIA LILI

12:52:00 Alina Dobrawa 38 Comments

STATYSTYKA:
  Waga - 10,3 kg
  Wzrost - 73 cm
  Rozmiar ubrań - 68 i 74
  Rozmiar pieluch - 4
  Mleko - Bebilon 2
  Porcje mleka - 210 ml / 2 porcje
  Zęby - 8
OSIĄGNIĘCIA:
  Samodzielnie wstaje i stoi (przytrzymując się czegoś).
  Chodzi po łóżeczku, przy ławie i przy kanapie.
  Mówi szeptem.
  Wdusza przyciski na zabawkach dzięki, którym załącza się muzyka.

W tym miesiącu bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem było pierwsze wstanie Lili. Nic się na to nie zapowiadało. Tak po prostu, siedziała i trzymając się kanapy wstała. Moja mina w tym momencie była bezcenna :).

Nie długo po tym jak Gumbas zaczął wstawać stało się to o co często pytała nas pediatra, a mianowicie, czy Lili wstaje i przemieszcza się w łóżeczku. Teraz już tak :). Lilu nie tylko chodzi po łóżeczku, ale od kilku dni przemieszcza się też przy kanapie lub ławie.

Nie jestem pewna, ale wydaję mi się, że pierwszy raz Lili zaczęła szeptać już w poprzednim miesiącu i zapomniałam o tym. Teraz już dosyć często słychać jak cichutkim głosikiem mówi sobie pod noskiem. Uwielbiam to :).

Mamy w domu kilka zabawek i książeczek z przyciskami po których naciśnięciu wydobywa się melodia, czy krótki dźwięk. Lili dosyć szybko załapała gdzie trzeba nacisnąć i dziś kiedy ją o to poproszę zrobi to bezbłędnie i ile przy tym śmiechu :).

Nasz aktualny plan dnia już znacie (jeśli ktoś nie czytał to jest: TUTAJ) i oczywiście nie ma żadnych zmian. Lili jest przewidywalna do granic możliwości, ale to dobrze. Ja tak lubię, mogę wiele dzięki temu zaplanować.
Mamy małą zmianę przy drzemkach. Lili ma już tylko dwie, choć bardzo często są dni, że brakuje jeszcze tej jednej. Wtedy jest kąpana już przed 19.00, bo dłużej i tak nie wytrzyma. Nie usypiam jej już w ciągu dnia. Kładę do łóżeczka, daję wody, a przy główce kładę smoczek i wychodzę. Lili nigdy nie płacze, trochę sobie pogada i po maksymalnie 10 minutach śpi. Przychodzę jeszcze tylko ją przykryć kocykiem.

Nie lada problemem stało się u nas wymuszanie. Kiedy Lili nie ma pozwolenia na zrobienie czegoś co aktualnie chce to strasznie wymusza, od razu zaczyna przeraźliwie płakać i wyginać się. Staram się nie reagować choć nie zawsze mi się udaję.

Od kilku dni Lili często podczas zabawy, czy zwiedzania domu powtarza sobie "to, to", a może chodzi jej o Toto. KEEPTHEMOMENTS, wiesz coś o tym :)?

I na koniec moje małe obawy. Jak to jest ze wzrostem u niemowlaków? Lila już od 7 miesiąca nosi ubranka w rozmiarze 68 i 74. Odkładam tylko jakieś pojedyncze sztuki. To normalne, że wzrost tak zahamował?

LILIA W JEDENASTYM MIESIĄCU ŻYCIA



POPRZEDNIE MIESIĄCE
1 / 2 / 3 / 4 / 5 / 6 / 7 / 8 / 9 / 10

38 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

18/52 - 2014

12:12:00 Alina Dobrawa 34 Comments

PORTRETY MOICH DZIECI, RAZ W TYGODNIU, CO TYDZIEŃ

18/52 - 2014

CORAZ CIEPLEJ

34 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

RELACJA MIĘDZY KOTEM, A DZIECKIEM - #3

16:01:00 Alina Dobrawa 20 Comments

To już trzeci post z opisem relacji między Lilią, a Whiskasem (dla zainteresowanych dwa poprzednie: TUTAJ i TUTAJ). Ta notka będzie już ostatnią z tej serii. Jestem pewna, że nic już się nie zmieni.
Może niektórzy pamiętają, że początki były u nas kiepskie. Przeszliśmy długą i czasami ciężką drogę, ale warto było czekać.

Kiedy ja po porodzie leżałam z Lileczką w szpitalu, M. przyniósł do domu ubranko, które Lila miała cały dzień na sobie. Podobno miało to pomóc w pierwszym kontakcie kota z dzieckiem, szczerze? Na pewno nie zaszkodziło, ale chyba też nic nie dało. Whiskas nie specjalnie się tym zainteresował, powąchał i tyle. To była pierwsza porada jaką znalazłam w poszukiwaniu sposobów na przygotowanie kota na dziecko.
Kolejnym pomysłem na jaki trafiłam i wykorzystałam, było pozwolenie kotu na przywitanie dzidziusia. Kiedy przyjechaliśmy ze szpitala do domu, Lili spała. Postawiliśmy fotelik na podłodze i daliśmy Whiskasowi czas. Zachował się książkowo, powąchał z każdej strony, popatrzył i odszedł. Pomyślałam, że może będzie dobrze. Niestety nie było.
Mimo, iż Lili prawie cały czas spała i rzadko kiedy płakała, a właśnie o hałas bałam się najbardziej. Whiskas zachowywał się i wyglądał na strasznie zagubionego. Chował się, unikał nas. Bardzo było nam go szkoda. Mimo to nic nie robiliśmy. Zachowywałam się wobec niego tak jak zawsze. Biedaczek sam musiał się z tym uporać i zaakceptować nową sytuację. Straszono mnie, że może atakować Lilkę, ale on wręcz przeciwnie bał się jej. Nie było opcji, żeby sam do niej podszedł, a kiedy ja przystawiłam Lili do niego to od razu uciekał w popłochu.
Mała zmiana nastąpiła po niecałych trzech miesiącach. Wtedy Whiskas pozwalał już na bliską obecność z Lilką, ale tylko wtedy kiedy on tego chciał. Zaczął kłaść się przy niej kiedy spała w sypialni. Wrócił też do spania w nocy z nami. Nawet kiedy dodatkowo na łóżku była Lili. Przychodził do nas kiedy wszyscy razem biliśmy w pokoju, siadał i obserwował :).
I tak wszystko powolutku się toczyło. Z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej, aż gdzieś na przełomie ósmego i dziewiątego miesiąca Lili, nasz kociak całkowicie powrócił do tego jaki był zawsze. Lili już wcale mu nie przeszkadzała. Od tamtej pory sam do niej przychodzi, a czasem nawet się łasi. Towarzyszy nam nawet podczas kąpieli. Kiedy Lili zaczęła raczkować, był lekko zdziwiony, że sama do niego podchodzi, ale szybko przywyknął do nowej sytuacji. Jest nawet bardzo cierpliwy. Kiedy Gumbasek idzie w jego stronę zawsze czeka, aż całkiem podejdzie i dopiero ucieka. Lilu nie raz chwyciła go za sierść, ogon, czy pyszczek i Whiskas nigdy jej nie udrapnął. Nawet nie próbował tego zrobić.

Ogromnie się cieszę, że w końcu jest tak jak być powinno. Jednak wcześniej nie pomyślałbym, że to może, aż tyle trwać, a jednak. Co najważniejsze trzeba cierpliwie czekać i nie robić nic na siłę. Whiskas widocznie potrzebował, aż tylu miesięcy, żeby przyzwyczaić się do nowego członka rodziny. Na pewno największe znaczenie ma tu to, że on był w domu jako pierwszy. Wszystko było do jego dyspozycji, nas miał tylko dla siebie i oczywiście duża ilość czasu była poświęcona tylko jemu.
Warto pamiętać, że najważniejsze, by opiekunowie zwierzaka wykazali się dużym zaangażowaniem w to, by pojednać dziecko i kota. Jeśli zwierzę samo podejdzie do dziecka i nie robi nic złego to nie warto go odganiać. Trzeba mu pozwolić oswajać się w taki sposób jaki sam chce. Mimo, iż czasami byliśmy zmęczeni trzeba było się też pobawić z kociakiem, nie zapominać o głaskaniu. Przez cały czas staraliśmy się, by kociak nie poczuł się odrzucony.

Teraz trochę o Lili. Tak jak na początku troszkę bałam się o nią, tak teraz obawiam się o kota. Już od dawna systematycznie tłumaczę jej, że nie wolno chwytać kotka za ogon. Teraz kiedy już raczkuje pilnuję, by nie szła do niego kiedy, np. siedzi na podłodze i się myje, czy położy się, żeby pospać. Lili też próbuje już podbierać mu zabawki :). Trzeba jak najszybciej mówić dziecku, co wolno, a czego zdecydowanie nie. Musi dosyć wcześnie rozumieć, że kotkowi nie wolno czasami przeszkadzać, czy nigdy robić mu krzywdy.
U nas jest już coraz śmieszniej :). Jeśli schodzę na chwilę na dół, zamykam za sobą bramkę przy schodach. Kiedy wracam oboje przy niej na mnie czekają :). Kiedy chce puścić bańki też razem przychodzą. Jak dla mnie widok niesamowity, mój kot i dziecko razem.

A jak u Was to wyglądało? Mieliście jakieś ciekawe sposoby, czy nie robiliście nic? Jeśli macie jeszcze jakieś pytanie o kota i dziecko pod jednym dachem, to śmiało piszcie.


20 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ

MAMA UWIELBIA - MIESIĄC MAJ

12:12:00 Alina Dobrawa 32 Comments

Dziś o moim kolejnym ulubieńcu.
Nie będzie to żaden gadżet, czy przedmiot. Tylko najwspanialszy i mój ulubiony miesiąc.

MIESIĄC - MAJ

To najlepszy miesiąc w roku. Wiosna w pełni, o nagły powrót zimy nie ma się co bać :). Soczysta zieleń na drzewach, pierwsze kolorowe kwiaty, kwitną na całego. To czas dla bzu, konwalii, bratków, kasztanów. Choć w tym roku przez kiepską zimę rozbudziły się już w kwietniu. Jest przyjemnie cieplutko, ale jeszcze nie męcząco gorąco. Jest po prostu tak jak lubię.
Dla mnie maj, to najpiękniejszy miesiąc  w roku. Urodziłam się w maju i miałam nadzieję, że i z Lileczką tak będzie, ale ona wolała czerwiec. Niedługo też Dzień Mamy, mój pierwszy, a więc chwilo trwaj. Niech te 31 dni dłuży się jak najmocniej.

32 komentarze:

DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY POZOSTAWIONY KOMENTARZ