O MOIM DRUGIM PORODZIE

Osiem miesięcy temu na świat przyszła Dalia. Mimo panicznego strachu, który towarzyszył mi do samego końca, poród okazał się niesamowicie pozytywnym wydarzeniem. Z Lilką tak naprawdę nie było najgorzej, ale dopiero przy Dalii przekonałam się, że poród można przeżyć tak cudownie i przede wszystkim tak świadomie.
Wspomniany już strach towarzyszył mi praktycznie przez całe 9 miesięcy. Wiedziałam dokładnie, co mnie czeka i jakoś nie uśmiechało mi się ponownie to przeżywać.
Na szczęście wraz z upływającym czasem moje nastawienie zaczęło się powoli zmieniać. Wspomnienie pierwszego porodu starałam się jak najbardziej przełożyć na plus. Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy nadal niesamowicie się bałam.

To była problemowa ciąża. Cztery pobyty w szpitalu, strata jednego bliźniaka, dużo strachu i nerwów. Dotrwanie do 40 tygodnia była ogromną ulgą, ale już w zasadzie od 37 tygodnia z nadzieją wyczekiwałam jakichkolwiek oznak, że to już. Tak samo, jak ponad trzy lata temu poród zaczął się nad ranem, trzy dni po terminie.


Pierwszy mocniejszy skurcz obudził mnie w środku nocy. Chciałam czekać z nadzieją, że lada chwila nadejdzie kolejny, ale zasnęłam, nawet nie wiem kiedy.

Ponowny skurcz obudził mnie już nad ranem. Ciągle będąc w łóżku, po 15 minutach nadszedł kolejny, potem po 12 następny i po 20 minutach jeszcze jeden.
Trochę zwątpiłam w tę nieregularność, bo przecież przy Lili było idealnie co 10 i 12 minut, a tu takie przeskoki. Wstałam i bez większych zmian. Skurcze w odstępie od 8 do nawet 25 minut. Jedynie to, że były tak wyczuwalne, dawało mi do myślenia. Mało przekonana postanowiłam, że jednak pojedziemy do szpitala. Mimo sporej odległości od placówki (35 km) wcale mi się nie spieszyło. Na spokojnie wzięłam kąpiel, umyłam włosy i sprawdziłam torbę. Na tak spokojnym szykowaniu zleciało sporo czasu i wyjechaliśmy z domu dopiero o 13.00. Wcześniej zjadłam coś na szybko i pożegnałam się z Lili, bo wiedziałam, że nawet jeśli nie urodzę to i tak już mnie do domu nie puszczą.
Tak jak w domu cały czas nachodziły mnie skurcze, tak przez całą podróż autem wszystko dosłownie ustało. Przez prawie godzinę nie poczułam ani jednego skurczu. Byłam pewna, że wszystko ucichło i był to fałszywy alarm. Chciałam już nawet zrezygnować, ale stwierdziłam, że skoro i tak jestem 3 dni po terminie, to może warto już zostać w tym szpitalu i być pod stałą opieką.
Wejście do budynku szpitala automatycznie spowodowało powrót skurczy :). Śmiesznie to brzmi, ale dokładnie tak było. Całą drogę cisza, a wystarczyło wejść do szpitala i wszystko wróciło do normy. Mimo tak długo już trwającej akcji skurczowej dalej cały czas były one nieregularne.

Przyjęcie do szpitala poszło błyskawicznie. Początkowo oczywiście trochę wypełniania dokumentów, a zaraz po tym natychmiastowa konsultacja i badanie u lekarza, które potwierdziło, że poród jak najbardziej się zaczął. 10 minut później byliśmy już w naszej sali porodowej. Piękna, nowa sala do porodu rodzinnego. Tak jak za pierwszym razem, zdecydowaliśmy się oczywiście na wspólny poród.

Po położeniu się na porodówce, czyli gdzieś po 15.00, skurcze mimo ciągłej nieregularności, sporo już przybrały na sile. Krótko po podłączeniu do KTG, na moment był problem z tętnem, przez co wezwano lekarza. Zaczęły padać hasła o cesarskim cięciu, co ogromnie mnie przeraziło, ale dzięki temu, że szybko wszystko wróciło do normy i zapis z KTG zaczął się poprawiać, podjęto decyzję, żeby czekać, obserwować i za kilka godzin podjąć decyzję. Lekarz miał wrócić za jakiś czas i zdecydować. Minęły dwie godziny, które dla mnie trwały może z 30 minut. Praktycznie cały ten czas przeleżałam, Michał siedział obok. Często zaglądała do nas położna lub któraś ze studentek, ale ogólnie starano się jak najwięcej zostawiać nas samych. KTG cały czas wychodziło idealnie, więc spokojnie liczyłam, że pozwolą nam rodzić naturalnie.
Lekarz zajęty jednym cięciem, za drugim nie bardzo miał czas, żeby do nas zajrzeć.
Skurcze tak przybrały na sile, że zdecydowałam poprosić o znieczulenie, a że historia lubi się powtarzać, to okazało się, że już za późno, bo poród się rozpoczął. Chyba nikt, w tym ja sama nie spodziewał się, że tak szybko urodzę. Sama osobiście liczyłam, że może coś się ruszy w nocy, a tu nagle położna oznajmia, że nie czekamy na lekarza, tylko zaczynamy.
Przeszedł mnie ogromny strach. Znowu wszystko zaczęło się dziać za szybko. Ledwo pozbierałam się po tym, ze w ogóle jestem na porodówce, a tu już zaczyna się cała akcja. Przyjemny, przyciemniony pokój tylko dla nas, szybko zamienił się w jasną salę pełną sprzętów i położnych gotowych na powitanie naszego dziecka.
Położnej lepszej nie mogłam sobie wymarzyć. Cudownie poprowadziła mnie przez cały poród. Widziała moją panikę i chyba dobrze wiedziała jak postępować i co mówić, żeby choć trochę uspokoić, to co działo się w mojej głowie. Sama pozwoliła mi zdecydować, czy wolę rodzić dłużej bez nacięcia, czy szybciej z nacięciem. Wybrałam pierwszą opcję. Zaufałam jej i to była dobra decyzja. Dokładnie mówiła co mam robić, jak oddychać, jak przeć, a ja dokładnie spełniałam jej polecenia.

Tak właśnie po 4 parciach o 18.50 urodziła się Dalia. Łzy szczęścia płynęły po policzkach, a ja znów poczułam ten cudowny stan.

Poczułam przede wszystkim tę niesamowitą ulgę. Dumę, że zostałam mamą. Szczęście, że poród odbył się bez komplikacji, że trwał tak krótko.
Nawet nie sądziłam, że poród może być tak miłym przeżyciem. Mimo całego tego bólu udało się przeżyć to w taki magiczny sposób.

Przez 2 godziny pozwolono nam nacieszyć się tą piękną chwilą. Mimo ogromnego zmęczenia czułam, jak nachodzą we mnie nowe siły, gotowe do działania.

Po wizycie pediatry Dalijkę zabrano na oddział noworodkowy. Ja miałam czas na zmianę sali i kilka godzin na odpoczynek, zjedzenie kolacji i sen.
W nocy Dalunia wróciła do mnie, a po trzech dniach razem opuściłyśmy oddział.

Pisząc ten wpis, cały czas mam na twarzy uśmiech. Wcześniej w życiu, nawet bym nie pomyślała, że można tak niesamowicie przeżyć poród, że może być on wspomnieniem, do którego chce się wracać.

Każdej przyszłej mamie życzę takich narodzin jej maluszka.


TYDZIEŃ PROMOCJI KARMIENIA PIERSIĄ

Aktualnie trwa, a w zasadzie to już się niestety kończy, tydzień promocji karmienia piersią, który w tym roku dokładnie przypadł na tydzień - 26.05-01.06.2017.

Przy Lili nie udało nam się z karmieniem. Próbowałam, zobaczyłam co i jak, ale skończyło się po miesiącu. Nie chcę rozpamiętywać i się obwiniać, ale z dzisiejszą wiedzą wiem, że kryzys, który mnie wtedy dopadł był do przejścia. Dziś poradziłabym sobie bez problemu, no ale wtedy nie wiedziałam. Nie wiedziałam i po prostu odpuściłam. Nie było nikogo, kto by podpowiedział i pokazał co i jak. Nikt sam nie pomógł, ale i ja tej pomocy nie poszukałam. Przyjęłam wszystko tak, jak się wydarzyło. Trudno, czasu nie cofnę.
Dzięki tamtej porażce sporo się dowiedziałam i przy Dalii sprawy wyglądały już zupełnie inaczej. Przede wszystkim ja z większą wiedzą i determinacją, że chcę karmić, rozpoczęłam całą przygodę z karmieniem.

Trzeba chcieć.
No właśnie, bo po pierwsze to trzeba chcieć. Nic nam nie pomoże, jeśli gdzieś tam nie do końca czujemy, że to karmienie jest dla nas, że tego chcemy. Nie będziemy się wtedy tak starać, czy szukać pomocy, kiedy pojawią się problemy.

Podejście.
Karmienie siedzi w głowie! Nic dodać, nic ująć. Naprawdę.
Gdy urodziła się Lili, ciągle byłam zestresowana. Dosłownie bałam się karmienia. Tego, czy mi wyjdzie, czy zrobię to dobrze. No i wyszło, jak wyszło.
Teraz kiedy urodziła się Dalia, do wszystkiego podeszłam z wielkim spokojem i opanowaniem. Wiedziałam już, że początek będzie trudny i trzeba go po prostu przetrwać, żeby potem było cudownie.

Dzięki temu wszystkiemu mogę teraz korzystać i cieszyć się z tego ile daje nam obu karmienie piersią.
Mam nadzieję, że nasza wspólna przygoda potrwa jeszcze bardzo długo. Dalka uwielbia, co jest najważniejsze i ogromnie mnie cieszy.
Ja nie mogę się wprost nacieszyć, kiedy tak się we mnie wpatruje, trzyma bluzkę małymi rączkami. Przede wszystkim bardzo doceniam to, jak przy piersi szybko potrafi się uspokoić. Po prostu lek na całe zło.


PODWOJONA MIŁOŚĆ

Zanim na świecie pojawiła się Lilia, już wiedziałam, że chcę mieć więcej niż jedno dziecko. Sama mam rodzeństwo, wychowałam się z dwoma braćmi, więc było dla mnie oczywiste i wręcz naturalne, że tak samo, jak moi rodzice i ja chcę stworzyć większą rodzinę.

Po narodzinach Lili coś się jednak zmieniło. Przez pierwsze tygodnie, kiedy była z nami, było dla mnie nawet nie do pomyślenia, by mieć więcej dzieci. Nie dlatego, że same początki macierzyństwa są dosyć ciężkie, bo o tym się zapomina i to przemija, ale dlatego, że byłam pewna, że drugi, czy kolejny raz już tak bardzo nie będę w stanie pokochać. Miałam ogromne obawy, że drugie dziecko mogę traktować w pewien sposób inaczej.
Na szczęście takie myślenie było tylko chwilowe. Po raz drugi mój instynkt macierzyński obudził się już po roku. Już wtedy widziałam, że z czasem zdecydujemy się na drugie dziecko.

Czas mijał i, kiedy w styczniu ubiegłego roku dowiedzieliśmy się, że jesienią zostaniemy po raz drugi rodzicami, od razu pokochałam tę małą istotkę, która zaczęła się rozwijać pod moim sercem. Nawet przez chwilę się nie zawahałam, nie zastanawiałam, po prostu już kochałam bezgranicznie.
Dalia się urodziła, a ja poczułam ten sam magiczny i niesamowity stan co cztery lata temu.
Mówi się, że miłość się mnoży, a nie dzieli i teraz w stu procentach mogę to potwierdzić. Będąc jeszcze tylko z Lili, nie mogłam uwierzyć, że miłość matki może być tak ogromna, że można kochać jeszcze bardziej i bardziej. Potem pojawia się drugie dziecko i to wszystko się powtarza. Okazuję, że tej miłości jest jeszcze więcej.
Mam ogromne szczęście, że jest mi dane doznać tego cudownego uczucia, miłości mamy do dzieci.
Dziś nie mam wątpliwości, że w przyszłości będę gotowa, aby nasza rodzina powiększyła się o kolejne maleństwo.

Obawy są i zawsze będą. Niech żadna z Was nie obwinia się, że zadaje sobie pytania, czy będzie w stanie pokochać kolejne dziecko. To jest normalne, a wątpliwości na szczęście szybko uciekają.


KORA DĘBU, CZYLI IDEALNA POMOC PRZY PODRAŻNIONEJ SKÓRZE

Cudowne działanie naparu z kory dębu odkryłam ponad trzy lata temu, kiedy to jeszcze Lili była malutkim niemowlakiem. To właśnie ten naturalny sposób, poradziła nam położna, kiedy to po podaniu Lili antybiotyku, zaczęło ją bardzo mocno wysypywać pod pieluszką.
Wcześniej straciliśmy sporo czasu na próby zwalczenia tego problemu różnymi maściami i kremami. Kompletnie nic nie chciało pomóc i dopiero wspomniany napar z kory dębu przyniósł niesamowitą poprawę i ulgę. Znaczne polepszenie było widać już pierwszego dnia od zastosowania.

Nie wiem, dlaczego ten post nie powstał już dużo wcześniej. O korze dębu zwyczajnie zapomniałam, ale wróciliśmy do niej na nowo kilka tygodni temu, kiedy podobny problem z podrażnioną skórą pojawił się u Dalii. Tym razem już nie traciłam czasu na szukanie i od razu, kiedy skóra zaczęła robić się czerwona, zaczęłam przemywać ją, naparem z kory. Oczywiście tak jak poprzednio poprawa była widoczna niemal natychmiastowo.

Jak przygotować?
Zwyczajnie zalać 2 torebki, szklanką wrzącej wody. Odczekać do przestygnięcia.
W letnim naparze nasączyć płatek kosmetyczny i przemywać kilka razy dziennie podrażnione miejsca.

W czasie problemów ze skórą u maluszków (zwłaszcza tych najmłodszych), oprócz zastosowania kory dębu, warto na ten czas zrezygnować z używania chusteczek nawilżających, różnego rodzaju kremów no i w razie możliwości dużo wietrzyć podrażnione miejsca.


Dodatkowo wspomnę, że kora dębu jest pomocna nie tylko przy stanach zapalnych skóry. Świetnie sprawdza się też przy:
- przetłuszczających się włosach (tylko ciemnych) - z kory dębu robimy płukankę
- nadmiernej potliwości
- oparzeń i odmrożeń
Tak więc naprawdę, warto mieć ją w domu, a dostaniemy ją przeważnie w każdej aptece za kilka złotych.

CHRZEST ŚWIĘTY DALII

Po raz drugi zimowo i po raz drugi krótko po Świętach Bożego Narodzenia. Dalia, tak jak trzy lata temu jest starsza siostra, przyjęła Chrzest Święty.
Decyzję podjęliśmy my, rodzice. Jeśli kiedyś wybiorą inną drogę, ich sprawa, ale teraz decydujemy ja i Michał i postanowiliśmy, aby tak jak my i one zostały ochrzczone.

Ja osobiście nie wdaję się w to, kto chrzci swoje dziecko, a kto nie. Niech to będzie decyzja rodziców, której nikt nie powinien podważać i komentować.

Tak, jak w przypadku Lili, tak i teraz nie robiliśmy z tego powodu wielkiej uroczystości, ale chcieliśmy uczcić to wydarzenie, choć małym poczęstunkiem dla najbliższych. Najbliższych zebrało się prawie 20 osób, więc pozostało nam tylko rezerwować miejsce w restauracji. To była dobra decyzja, bo nie musiałam martwić się żadnym gotowaniem, przygotowaniami, czy sprzątaniem. Było miło i przyjemnie.
Dalia głównie przespała swój dzień, a Lili szczęśliwa w towarzystwie innych dzieci.














SMART SHOPPING, CZYLI PROSTOTA ZAKUPÓW W DOMU

Jeszcze kilka lat temu w życiu nie pomyślałabym, że kupię coś przez Internet. No bo jak tak bez przymierzenia, dotknięcia? Nie, kiedyś to było zdecydowanie nie dla mnie. Z czasem jednak powolutku wszystko zaczęło się zmieniać. Przede wszystkim coraz więcej sklepów wyszło z ofertą zakupów online, przez co coraz więcej ludzi zaczęło w ten sposób kupować. Okazało się, że można coś kupić za pomocą kliknięcia myszką i być z tego w pełni zadowolonym. Słysząc i czytając coraz więcej pozytywnych opinii i ja zaczęłam się w końcu przekonywać.

Kiedyś po prostu lubiłam chodzić po sklepach. Tu zobaczyć i obejrzeć, tam przymierzyć. W międzyczasie oczywiście jakaś mała kawa. Od czasu do czasu, to fajny czas na spędzenie wolnego czasu, szczególnie dla kobiety :). Z czasem, kiedy zostałam mamą, wszystko zaczęło się jednak zmieniać.
Zaczęłam bardziej doceniać i gospodarować swój czas. Teraz na pierwszym miejscu zdecydowanie stawiam na chwilę tylko dla siebie, kiedy w ciszy i spokoju mogę wygodnie usiąść z kubkiem gorącej kawy. Bieganie po sklepach poszło w odstawkę. Nie chce mi się już, za dużo czasu na to potrzeba. Prościej jest dla mnie przy tej pysznej kawie wziąć telefon i na spokojnie przejrzeć sobie oferty sklepów online.

Praktycznie już każdy sklep posiada ofertę online. Czytelne strony, zdjęcia obrazujące rzeczywisty wygląd, szybkie dostawy. Tak jest zdecydowanie prościej. Kilka kliknięć, 2-3 dni i zakupy mam już u siebie.
Tak właśnie na dzień dzisiejszy grubo ponad połowa moich zakupów odbywa się w domu.

Największe zalety smart shopingu?
1. ZAOSZCZĘDZONY CZAS
Przede wszystkim wspomniany już przeze mnie czas. Zakupy w domu to dla mnie jakieś 30 minut. Tyle właśnie zajęło mi ostatnio kupienie ubranek dla Dalii. Wyjazd do sklepu to już jakieś 3-4 godziny z głowy. Tracimy czas na dojazd, szukanie, czy stanie w kolejkach.
2. PORZĄDEK
Na drugim miejscu stawiam ład i porządek. Tak, tak dobrze czytacie :). W sklepach internetowych wszystko jest dokładnie opisane. Konkretny produkt zawsze pod dokładnym opisem. W sklepie stacjonarnym już nie koniecznie, bo czasami, np. znalezienie wybranego rozmiaru z upatrzonego ubrania, graniczy z cudem, albo okazuje się, że go w ogóle nie ma. W czasie wyprzedaży, czy innych promocji, na sklepach panuje spory bałagan, w którym robienie zakupów to już żadna przyjemność.
3. TANIEJ
Nawet zdecydowanie taniej. Wiele rzeczy w sklepach online dostaniemy taniej niż stacjonarnie. Warto korzystać z takiej strony jak Kupon.pl – znajdziecie na niej wszystkie kody rabatowe, zniżki, promocje do Waszych ulubionych sklepów z takich kategorii jak: ubrania, elektronika, podróże, czy zdrowie i uroda. Każdy z pewnością znajdzie coś atrakcyjnego dla siebie.




Moje zeszłotygodniowe zakupy, to mała wiosenna wyprawka dla Dalii ze sklepu Smyk. Kilka par cudownych legginsów, które świetnie się u nas sprawdzają. Zakupy poszły szybko, tanio i wygodnie :). Na stronie dostępnych jest jeszcze wiele rabatów np. wyprzedaż zimowych butów i ubrań do -50%, czy rabaty na zabawki i gry do -60%. Te, jak i wiele innych promocji znajdziecie tutaj: https://kupon.pl/smyk-promocje.
Ostatnio właśnie na ten sklep stawiam najczęściej, jeśli chodzi o zakupy dla dziewczynek, za to dla siebie widzę, że bardzo często lubię zerkać na asortyment sklepu Reserved, w którym dzięki stronie z kuponami możecie skorzystać z wyprzedaży nawet do -70%! Szczegóły promocji znajdziecie tutaj: https://kupon.pl/reserved.




A Wy, jakie macie podejście do zakupów w sklepach internetowych?

PIELĘGNACJA SKÓRY NIEMOWLAKA, CZYLI O NASZYCH KOSMETYKACH NIVEA BABY

Dziś zapraszam na wpis kosmetyczny. Pokażę i opiszę Wam produkty, które stosujemy przy wieczornej pielęgnacji głównie naszej najmniejszej dziewczynki.
Nie będę ukrywać, że po trochu każdy z nas sięga po te produkty :).

Pierwsze kąpiele Dalii, to tak jak w przypadku jej starszej siostry, kąpiel z dodatkiem emulsji nawilżającej. Taka pielęgnacja trwa u nas tylko pierwsze 2-3 tygodnie i po skończonym jednym opakowaniu, tak jak kiedyś, przyszła pora na zmiany.
Tu z pomocą przyszło nam NIVEA BABY, dzięki któremu w naszej łazience zagościł cały zestaw nowej linii emolientów, czyli cztery nowe produkty.
Po przeczytaniu wielu pozytywnych opinii nawet się nie zastanawiałam, czy się zdecydować. To był świetny wybór!

Czym w ogóle są emolienty?
To po prostu substancje o działaniu nawilżającym i natłuszczającym, które utrzymują odpowiednią elastyczność naskórka. Po wchłonięciu zatrzymują wodę i inne ważne składniki poprzez blokowanie kanałów, którymi są one normalnie wydzielane za zewnątrz. Emolienty wchłaniają też wilgoć z otoczenia, dzięki czemu powierzchnia skóry jest stale wilgotna.
Dlatego właśnie kosmetyki zawierające emolienty, idealnie sprawdzą się w pielęgnacji skóry suchej, czy wrażliwej.
Na bazie emolientów powstały właśnie nowe produkty NIVEA. Przeznaczone szczególnie dla młodej, dziecięcej skóry, która dopiero buduje swoją naturalną odporność.

EMOLIENTY NIVEA BABY - PURE & SENSITIVE






NIVEA BABY EMOLIENT
ŁAGODZĄCY ŻEL DO MYCIA CIAŁA I WŁOSÓW
Cena: 20,99 zł / 500 ml


OPIS PRODUCENTA:
Łagodzący żel do mycia ciała i włosów delikatnie myje, łagodzi i nawilża skórę, aby zapobiegać podrażnieniom i swędzeniu. Dzięki wyjątkowej formule z lipidami Omega 6 pomaga zapobiegać wysuszeniu skóry i chroni jej barierę ochronną. Pozostawia skórę oraz włosy czyste i zadbane.

MOJA OPINIA:
Ten żel to podstawa naszych codziennych kąpieli. Sięgam po niego najczęściej. Sama uwielbiam go za delikatny i przyjemny zapach. Dodam też, że i Lili często prosi, żeby i jej zrobić kąpiel z dodatkiem właśnie tego żelu.
Producent zaleca, aby myć żelem ciało i włosy. Ja jednak wolę dodać do wody 2-3 pompki produktu, rozprowadzić i w tak przygotowanej wodzie wykąpać Dalię, czy w ten sam sposób przygotować kąpiel dla Lili. Podczas mycia cały czas unosi się przyjemny delikatny zapach.







NIVEA BABY EMOLIENT
EMULSJA DO KĄPIELI
Cena: 15,99 zł / 200 ml


OPIS PRODUCENTA:
Emulsja do kąpieli wyjątkowo łagodnie myje oraz odżywia suchą i wrażliwą skórę, zapobiegając podrażnieniu i swędzeniu. Bogata formuła pomaga uzupełnić naturalną barierę ochronną skóry. Zapewnia długotrwałą ochronę skóry przed wysuszeniem i podrażnieniem.

MOJA OPINIA:
Po emulsję do kąpieli dla Dalii, sięgam raz w tygodniu. Dalia na szczęście nie ma skóry wrażliwiej, ale zdecydowanie jest skłonna do przesuszania się i mycie z dodatkiem tego typu emulsji na pewno zapobiega większemu wysuszeniu. Zaraz po kąpieli skóra dziecka jest niesamowicie gładka i nawilżona. Całkowicie zbędne są wtedy jakiekolwiek dodatkowe kosmetyki nawilżające.
Bardzo polecam, jeśli Wasze maleństwa też mają skłonność do suchej skóry.





NIVEA BABY EMOLIENT
MLECZKO INTENSYWNIE NAWILŻAJĄCE
Cena: 15,99 zł / 200 ml


OPIS PRODUCENTA:
Mleczko intensywnie nawilżające przynosi komfort suchej i wrażliwej skórze, intensywnie nawilża i zapobiega wysuszeniu. Zapewnia skórze komfort, ukojenie i ochronę, a dzięki lekkiej konsystencji łatwo się rozprowadza i wchłania.

MOJA OPINIA:
Mleczka używamy codziennie rano, po przebraniu z piżamki i wieczorami po kąpieli z dodatkiem delikatnego żelu NIVEA (opisanego wyżej). Tak jak zapewnia producent, ja szczerze potwierdzam, że mleczko świetnie nawilża. Dodatkowo uwielbiam je za piękny zapach.
Nakładanie mleczka na małe ciałko to nie tylko dodatkowy sposób, aby utrzymać nawilżenie, ale to też czas delikatnego masażu. Dalia bardzo lubi tę część pielęgnacji. Uśmiecha się delikatnie, szczególnie kiedy masuję nóżki i brzuszek. To nasz czas wspólnych przyjemności.





NIVEA BABY EMOLIENT
KREM S.O.S.
Cena: 14,99 zł / 150 ml


OPIS PRODUCENTA:
Krem S.O.S. skutecznie łagodzi zaczerwienioną, suchą i wrażliwą skórę na całym ciele. Unikalna formuła z masłem shea, naturalnymi lipidami Omega 6 i pantenolem natychmiast przynosi ulgę, intensywnie nawilża oraz zapobiega podrażnieniom i swędzeniu.

MOJA OPINIA:
Po ten krem sięgamy tylko wtedy, kiedy pojawia się nagła potrzeba. Stosuję go czasami u Dalci pod pieluszkę. Świetnie sprawdza nam się też u Lili, u której co jakiś czas pojawia się zaczerwieniona skóra. Krem Nivea bardzo szybko przynosi poprawę. Dla mnie jest ukojeniem na skórę twarzy i dłoni po spacerze, szczególnie mroźnym. Taki nasz idealny S.O.S., kiedy u kogoś z rodziny pojawia się problem skórny. Szybko i skutecznie nawilża każdą partię ciała.





Wszystkie kosmetyki marki NIVEA BABY posiadają pozytywną opinię Instytutu Matki i Dziecka. Nie zawierają mydła, parabenów, alkoholu i barwników. Jak dla mnie po prostu - idealnie!
Każdy z wymienionych kosmetyków jest niesamowicie wydajny. Za niewysoką cenę mamy świetny produkt, który długo nam posłuży.

Na sam koniec jeszcze coś dla wszystkich czytelników :).
Możecie przetestować wybrany przez siebie produkt NIVEA BABY EMOLIENTY. Wystarczy wejść na stronę BABY.NIVEA.PL i wypełnić ankietę.
Czekam na Wasze opinie :).


OPOWIEŚĆ O MOIM KARMIENIU

Moja mleczna przygoda trwa nieustannie od ponad trzech miesięcy. Niektórzy z Was mogą pomyśleć, że to przecież tyle, co nic i skąd w ogóle tak wczesna radość, ale dla mnie to już ogromny sukces i wielki powód do dumy. Tym bardziej, że po raz drugi miałam kiepski start.
Nasze początki nie były łatwe. Pierwsze nieudane przystawienie, pierwszy nawał, nad którym ciężko było mi zapanować, ból i karmienie przez łzy. Karmiłam, cały czas mając w głowie, że to tylko teraz, że tylko ten początek jest taki ciężki. Wiedziałam, że trzeba zacisnąć zęby i przetrwać, bo potem będzie już tylko lepiej. Nie myliłam się, jest cudownie :).

Co najbardziej mi pomogło?
Otóż to, że nie wyszło mi z Lilką. Niestety, ale przy karmieniu Lili popełniłam pełno błędów, które spowodowały, że nasza przygoda skończyła się po miesiącu. Na samej piersi Lilka była ledwie dwa tygodnie. Skończyło się, bo nie miałam wiedzy i zbyt mało silnej woli, żeby zawalczyć. Nie katuję się z tego powodu, bo moje starsze dziecko świetnie wyrosło na mleku modyfikowanym, ale obiecałam sobie, że przy kolejnym maluszku będzie już inaczej.
Trzy lata temu popełniłam błąd już na samym początku. Jeszcze będąc w pierwszej ciąży, mówiłam sobie, że na nic się nie nastawiam, co ma być, to będzie. To był błąd, bo problemy, które się pojawiły, po prostu przyjęłam, zamiast próbować je pokonać.
Tym razem już od samego początku, kiedy wiedziałam, że po raz drugi zostanę mamą, od razu obiecałam sobie, że zrobię wszystko, żeby zawalczyć o karmienie moim mlekiem. Takie właśnie nastawienie pomogło mi już od pierwszego dnia bycia mamą Dalii. Tym razem też nie bałam się pytać i prosić o pomoc. Tutaj też po raz kolejny bardzo chcę podziękować Weronice (BUDUJĄCA MAMA) za poświęcony mi czas i przekazanie ogromniej wiedzy i wielu cennych wskazówek, które bardzo mi pomogły przetrwać i pokonać wszystkie przeszkody.
Mając dzisiejszą wiedzę na temat karmienia piersią, wiem na sto procent, że z Lilką też by się nam udało. Kryzys, który wtedy mnie dopadł, poszłoby pokonać. Dzień, czy dwa i wszystko wróciłoby do normy.

Teraz przy drugiej przygodzie z karmieniem zdecydowanie najgorszy okres dotychczas, miałam zaraz po wyjściu ze szpitala. Wtedy właśnie dostałam nawału, nad którym ciężko było mi zapanować. Zaczęło też mocno boleć ssanie Dalii. Do tego jeszcze ogólne zmęczenie po porodzie i tak namnożył się spory kryzys.
Przy nawale ciężko było sobie poradzić. Dalia piła krótko, a mleko nachodziło szybko w coraz większej ilości. Co chwilę lądowałam pod prysznicem, żeby w miarę naturalnie sobie z tym poradzić. Po dwóch dniach mozolnego odciągania i w miarę częstego przystawiania Dalci, w końcu pomogło. Nadeszła pierwsza niesamowita ulga. Wiedziałam i na szczęście nie myliłam się, że teraz będzie już tylko z górki.
Zdarzały się jeszcze gorsze dni, czy momenty, ale potrafiłam sobie już z nimi sama radzić. To jest chyba mój największy sukces! Wiedza, której tak bardzo mi zabrakło przy Lilce.

Karmienie piersią to cudowna sprawa, teraz to wiem. Uwielbiam tę bliskość, dotyk, te malutkie rączki trzymające się mojej bluzki, te oczka, które tak się we mnie wpatrują. Naprawdę warto było przejść przez ten ciężki początek, żeby teraz mieć taką nagrodę.
Tak, karmienie Dalii to dla mnie piękna nagroda macierzyństwa.