TRZYMAM ZA RĘKĘ

Po raz drugi przechodzę przez ten cudowny etap macierzyństwa. Etap, kiedy maluszek jest niemowlęciem, które tak bardzo potrzebuje mamy.
Dziecko oczywiście zawsze potrzebuje drugiej osoby, ale zdecydowanie tylko z początku potrzeba bliskości jest tak silna.

Przytulenie mamy jest ukojeniem na wszystko. Każdy płacz, czy strach uspokoją moje ramiona, mój dotyk, i ciche szeptanie do małego uszka.
Bezgranicznie uwielbiam ten etap. Czas, kiedy do woli mogę nosić, przytulać i być z nią tak blisko. Wiem, że lada moment zacznie ją interesować pełno innych ważniejszych spraw i zabaw. Wiem, że zacznie mi umykać i wiem też, jak bardzo będę tęsknić za tym, co jest właśnie teraz.

Jednym gestem bliskości daję do zrozumienia tej małej istotce, że jestem obok, że może czuć się bezpiecznie.
To jest właśnie niesamowita moc rodziców. Dotykiem ukoić każdy lęk.

Pewnie dobrze wiecie, jak cenię i uwielbiam to, że jestem mamą, że mam dwie cudowne córki. Codziennie tuląc Dalię czuję, że tak właśnie miało być, że tak chciałam. Trzymam za rękę moje największe szczęście. To, co najważniejsze mam najbliżej siebie.


OPOWIEŚĆ O MOIM KARMIENIU

Moja mleczna przygoda trwa nieustannie od ponad trzech miesięcy. Niektórzy z Was mogą pomyśleć, że to przecież tyle, co nic i skąd w ogóle tak wczesna radość, ale dla mnie to już ogromny sukces i wielki powód do dumy. Tym bardziej, że po raz drugi miałam kiepski start.
Nasze początki nie były łatwe. Pierwsze nieudane przystawienie, pierwszy nawał, nad którym ciężko było mi zapanować, ból i karmienie przez łzy. Karmiłam, cały czas mając w głowie, że to tylko teraz, że tylko ten początek jest taki ciężki. Wiedziałam, że trzeba zacisnąć zęby i przetrwać, bo potem będzie już tylko lepiej. Nie myliłam się, jest cudownie :).

Co najbardziej mi pomogło?
Otóż to, że nie wyszło mi z Lilką. Niestety, ale przy karmieniu Lili popełniłam pełno błędów, które spowodowały, że nasza przygoda skończyła się po miesiącu. Na samej piersi Lilka była ledwie dwa tygodnie. Skończyło się, bo nie miałam wiedzy i zbyt mało silnej woli, żeby zawalczyć. Nie katuję się z tego powodu, bo moje starsze dziecko świetnie wyrosło na mleku modyfikowanym, ale obiecałam sobie, że przy kolejnym maluszku będzie już inaczej.
Trzy lata temu popełniłam błąd już na samym początku. Jeszcze będąc w pierwszej ciąży, mówiłam sobie, że na nic się nie nastawiam, co ma być, to będzie. To był błąd, bo problemy, które się pojawiły, po prostu przyjęłam, zamiast próbować je pokonać.
Tym razem już od samego początku, kiedy wiedziałam, że po raz drugi zostanę mamą, od razu obiecałam sobie, że zrobię wszystko, żeby zawalczyć o karmienie moim mlekiem. Takie właśnie nastawienie pomogło mi już od pierwszego dnia bycia mamą Dalii. Tym razem też nie bałam się pytać i prosić o pomoc. Tutaj też po raz kolejny bardzo chcę podziękować Weronice (BUDUJĄCA MAMA) za poświęcony mi czas i przekazanie ogromniej wiedzy i wielu cennych wskazówek, które bardzo mi pomogły przetrwać i pokonać wszystkie przeszkody.
Mając dzisiejszą wiedzę na temat karmienia piersią, wiem na sto procent, że z Lilką też by się nam udało. Kryzys, który wtedy mnie dopadł, poszłoby pokonać. Dzień, czy dwa i wszystko wróciłoby do normy.

Teraz przy drugiej przygodzie z karmieniem zdecydowanie najgorszy okres dotychczas, miałam zaraz po wyjściu ze szpitala. Wtedy właśnie dostałam nawału, nad którym ciężko było mi zapanować. Zaczęło też mocno boleć ssanie Dalii. Do tego jeszcze ogólne zmęczenie po porodzie i tak namnożył się spory kryzys.
Przy nawale ciężko było sobie poradzić. Dalia piła krótko, a mleko nachodziło szybko w coraz większej ilości. Co chwilę lądowałam pod prysznicem, żeby w miarę naturalnie sobie z tym poradzić. Po dwóch dniach mozolnego odciągania i w miarę częstego przystawiania Dalci, w końcu pomogło. Nadeszła pierwsza niesamowita ulga. Wiedziałam i na szczęście nie myliłam się, że teraz będzie już tylko z górki.
Zdarzały się jeszcze gorsze dni, czy momenty, ale potrafiłam sobie już z nimi sama radzić. To jest chyba mój największy sukces! Wiedza, której tak bardzo mi zabrakło przy Lilce.

Karmienie piersią to cudowna sprawa, teraz to wiem. Uwielbiam tę bliskość, dotyk, te malutkie rączki trzymające się mojej bluzki, te oczka, które tak się we mnie wpatrują. Naprawdę warto było przejść przez ten ciężki początek, żeby teraz mieć taką nagrodę.
Tak, karmienie Dalii to dla mnie piękna nagroda macierzyństwa.


JEST IDEALNIE

Czas płynie tak szybko, zdecydowanie za szybko. Ostatnio, dni dosłownie przeciekają mi przez palce. Ledwo zacznie się dzień, a po chwili już szykujemy się do snu.
Nie do końca tak lubię. Takiego pędu, braku czasu na wszystko. Powoli oswajam się z nowym trybem życia. Mimo wszystko jednak, na swój sposób, dobrze mi w całym tym nieładzie codzienności. Można by pomyśleć, że jedno wyklucza drugie, no ale tak to właśnie aktualnie u mnie jest :).

Tak jak pod koniec okresu ciąży narzekałam na nudę, tak teraz chętnie bym się właśnie, tak ponudziła. Drugie dziecko zmienia wiele, przybywa pełno obowiązków. Więcej prania, sprzątania, a doba ciągle ma tylko 24 godziny.
24 godziny, które mija tak szybko. Mimo wszystko jest już u mnie lepiej niż jeszcze z dwa miesiące temu. Powoli przyzwyczajam się i zmieniam na życie z dwójką dzieci. Myślę sama o sobie, że jestem już coraz bardziej zorganizowana.
Przede wszystkim nie wymagam od siebie już tyle, co kiedyś. Jak czuję zmęczenie, to po prostu odpuszczam sprzątanie, czy inne sprawy, które mogą poczekać.
Teraz zdecydowanie bardziej doceniam wolną chwilę, czas tylko dla mnie, kiedy mogę odsapnąć, odpocząć, pomyśleć w ciszy i spokoju.

Bywa stresująco i męcząco, ale za nic bym tego nie zamieniła. Mam Lilię i Dalię i jest idealnie :).
Kładąc się wieczorem do łóżka i czując spokojny oddech Dalii, wiem, że właśnie tak miało być. To zmęczenie wtedy mija i zasypiam z pozytywną energią, by następnego dnia działać od nowa jako zadowolona i spełniona podwójna mama.


O NASZYCH LEŚNYCH SPACERACH

Mieszkając w mieście, chcesz uciec na wieś. Mieszkając na wsi, marzysz o mieście. Znacie to? Odwieczny problem wielu z nas :).
Ja wychowałam się na wsi i dziś mieszkając w mieście, bardzo chciałabym na tę wieś kiedyś wrócić.

Nie powiem, trochę lubię to miasto. Nie za duże, nie za małe. Wszystko, czego potrzeba mam pod ręką, ale brakuję mi zieleni, świeżego powietrza i upragnionej ciszy. Dlatego właśnie większość moich spacerów z dziewczynkami, tym bardziej teraz z malutką Dalią, kończy się wycieczką do lasu.
10-15 minut jazdy samochodem i jesteśmy w zupełnie innym otoczeniu. Podróżujemy różnie. Bliżej, czy dalej. W miejsca lubiane, czy w poszukiwaniu nowych spacerowych tras. Zawsze jednak cel ma być ten sam - las.













GDYBY CZAS MÓGŁ ZWOLNIĆ

Mam w domu niemowlę, a przecież dopiero co była noworodkiem.
To niebywałe jak czas szybko pędzi. Jeszcze niedawno pisałam, że jestem w ciąży, a za nami już prawie pięć wspólnych tygodni.

Te pierwsze miesiące są wyjątkowe. Chciałbym, żeby ten czas trwał zdecydowanie dłużej.
Koniec ciąży, to dla nas kobiet nerwowy czas. Codzienne oczekiwanie na poród sprawia, że dni ciągną się niemiłosiernie, a kiedy w końcu nachodzi ten wyjątkowy moment i rodzi się nasze maleństwo, czas od razu maksymalnie przyśpiesza.
Dzień za dniem zaczynają upływać za szybko, miesiąc goni miesiąc. Chciałabym zatrzymać czas. Zatrzymać właśnie teraz, teraz kiedy mogę bez przerwy tulić w ramionach naszą maleńką dziewczynkę.
Dobrze wiem, jak bardzo będzie mi tego za kilka lat brakować.
Cieszę się każdym dniem i chłonę każdą chwilę. W domu jest dużo do zrobienia, przy dwójcie dzieci. Pranie i sprzątanie w zasadzie się nie kończy. Doba nigdy nam się nie wydłuży, ale staram się jak mogę, aby znaleźć jak najwięcej wolnego czasu na bycie tylko z Dalią. Okres noworodkowo-niemowlęcy już nigdy się nie powtórzy i wiem jak wiele mogłabym stracić i jak wiele mogłoby mi umknąć.
Chwilo trwaj proszę jak najdłużej.


DELEKTUJĘ SIĘ TYM CZASEM

Ciąża całkowicie mną zawładnęła. Pewnie trochę dziwnie to może brzmieć, ale zdecydowanie brzuszek ostatnio przysłonił mi wszystko, oczywiście w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu.
Pierwsze tygodnie były nerwowe, ale później wszystko nabrało już pięknego i niesamowitego jak dla mnie wymiaru. To jest przecież tak cudowny czas, który niestety mija tak szybko, wręcz błyskawicznie. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę tego wszystkiego ponownie doświadczyć.

Wydaje się, że to właśnie ta pierwsza ciąża powinna być tą najbardziej wyjątkową i w sumie to na swój sposób jest, ale każda kolejna ma jednak w sobie coś znacznie więcej.
Dziewięć miesięcy z Lilką to było dla mnie jedno wielkie odliczanie. Tydzień za tygodniem czekałam na upragniony koniec. Miałam wrażenie, że te czterdzieści tygodni trwa wprost wieczność. Tak bardzo chciałam mieć już upragnione dziecko przy sobie, że kompletnie zapomniałam, by po prostu cieszyć się tym magicznym dla kobiety stanem.

Ta ciąża jest już przede wszystkim zdecydowanie bardziej świadoma.
Po pierwsze już wiem, co mnie czeka. Żadne zmiany, czy dolegliwości nie wywołują u mnie paniki i wątpliwości, tylko uśmiech, że tak już było, że dobrze znam to uczucie i wiem, z czym jest związane.
Po drugie wiem, że mimo oczekiwania dziewięciu miesięcy, ciąża jednak mimo wszystko, mija błyskawicznie i teraz cieszę się dosłownie każdym dniem. Uwieczniam na wielu zdjęciach rosnący brzuszek. Po prostu delektuję się tym stanem, bo wiem, że lada moment będę już tulić maleństwo, a powiększający się brzuszek będzie już tylko miłym wspomnieniem.
Ciąża to wyjątkowy moment. W ciele kobiety przez krótki czas rozgrywa się prawdziwy cud i warto mieć tego świadomość. Nie przebierać nerwowo nogami z myślą, kiedy koniec, a cieszyć się i korzystać z tak cudownego dla nas czasu.


7 POWODÓW, DLA KTÓRYCH UWIELBIAM LATO

Lato w pełni. Gorące dni przeplatają się z rześkimi od burz wieczorami. Poranki z ćwierkającymi ptakami, a wieczory z cykającymi świerszczami. Kiedyś nie przepadałam za tą porą roku, ale od kilku lat naprawdę kocham lato. Upały przestały mi przeszkadzać i cieszę się wysoką temperaturą, której u nas wciąż jak na lekarstwo.
Ostatnio podczas jednego z takich dni, popijając mrożoną kawę, spisałam sobie siedem powodów, dla których najbardziej lubię tę porę roku. Ciekawi? To zapraszam.

7 POWODÓW, DLA KTÓRYCH UWIELBIAM LATO

1. ZIELEŃ
Jedyna taka, soczysta piękna zieleń. Na drzewach, krzewach, trawnikach. Uwielbiam lasy i parki, kiedy tyle w nich odcieni tego pięknego koloru. Uwielbiam łąki, na których można posiedzieć w ciepły dzień i zielone trawniki, po których można chodzić bosymi stopami.

2. CIEPŁY DESZCZ
Deszczowa pogoda po upalnym dniu to coś niesamowitego. Nic nie przynosi takiej ulgi jak właśnie ciepłe kropelki deszczu, niosące za sobą rześkie powietrze. Deszczowe powietrze tak pięknie pachnie tylko w tej porze roku.

3. BURZE
Ciepły deszcz to jedno, a burze to drugie. Błyskawice i koniecznie grzmoty to to, co lubię najbardziej. Nigdy nie bałam się burz, a wprost przeciwnie z zaciekawieniem obserwowałam zbliżające się chmury i następującą później błyskawice. Nie rozumiem jak można się jej bać :).

4. GRILL
Uwielbiam potrawy przyrządzone na grillu. Mięsa, warzywa, czy sery. Lubuję się we wszystkich i tak dobrze smakują jedzone tylko na dworze :). Nie raz robiło się grilla jesienią, czy już wiosną, ale to nigdy nie to samo co właśnie w ciepły letni wieczór.

5. WARZYWA I OWOCE
Najlepsze oczywiście te sezonowe. Od początku lata po kolei możemy zajadać się świeżymi truskawkami, czereśniami, malinami, jagodami, jabłkami, gruszkami. Uwielbiam owoce za słodki smak, za soczystość i moc witamin. Latem zawsze smakują inaczej, lepiej. Z warzywami wcale nie jest gorzej. Cudowny smak fasolki zerwanej i od razu ugotowanej, świeże rzodkiewki, koper i szczypior. Cudowne i niezastąpione smaki lata.

6. KWIATY
Ogrom odmian i rodzajów. Ogrodowe, polne, nawet niektóre chwasty potrafią przecież tak pięknie kwitnąć. Ubóstwiam kwiaty, ich kolory i zapach. Latem możemy cieszyć się ich największą ilością. Rozkochuję się w żółtych słonecznikach, pomarańczowych turkach, czy fioletowych irysach.

7. WAKACJE
Ucząc się w szkole, wakacje kojarzyły się oczywiście z beztroską i wyczekiwanym wolnym czasem. Teraz wakacje to czas urlopu. Od kiedy mamy Lili ten czas jest naprawdę wyjątkowy. Wspólny wyjazd z dzieckiem, razem spędzony rodzinny czas.

Lubicie lato? Jeśli tak to może są jeszcze jakieś inne powody niż moje? Chętnie poczytam, więc podzielcie się śmiało :).



















 




3 POWODY, DLA KTÓRYCH WARTO MIEĆ KOTA

Patrząc dziś na naszego kochanego brytyjczyka nie wiem, jak mogliśmy, kiedyś żyć bez niego. Jest z nami od prawie 6 lat, a ja mam wrażenie, że był już od zawsze. Dosłownie nie pamiętam już, jak to jest nie mieć w domu kota.

Kot to oczywiście nie tylko przyjemność, ale i obowiązki, sporo obowiązków. Trzeba dbać o niego samego, zapewnić mu jedzenie, miejsce tylko dla niego, dbać o jego zdrowie, zabawiać i wiele innych. Trzeba też pilnować, by miał czystą kuwetę i jak to przy kocie bywa ciągle po nim sprzątać. To z kuwety wyniesie pełno żwirku, to na dywanie, czy parapecie znów pełno sierści.
Dużo tego, ale czy narzekam? Nigdy w życiu. Wystarczy jedno jego miauknięcie i spojrzenie tymi bursztynowymi ślepkami i wybaczam mu wszystko.
Jak dla mnie kot powinien być w każdym domu, a już na pewno tam gdzie są dzieci. Dziś trzy moje powody, dla których warto zdecydować się na tego futrzanego, wiernego przyjaciela.

1. TOWARZYSTWO
Mając kota, już nigdy nie będziecie sami. Kot w sumie na równi z psem to najlepszy towarzysz. Nasz szarak może nie jest jakoś bardzo przyjacielski, ale nadrabiamy tym, że to my do niego chodzimy na przytulaski. Sama widzę po sobie, że kiedy zostaję w domu sama, często zaglądam do kota. Pogłaskać go, poleżeć przy nim, po prostu pobyć obok niego.

2. POZYTYWNY WPŁYW NA ZDROWIE I SAMOPOCZUCIE
Masz zły humor lub źle się czujesz? Przytul się do kota, a zapewniam, że wszystkie troski odejdą. Kot to też świetny przyjaciel dla dziecka. W naszym przypadku byliśmy bardzo zaskoczeni podejściem Whiskasa do Lili. Miałam sporo obaw, ale okazało się, że kot ze wszystkim świetnie sobie poradził. Dziś widać jak Lili pragnie jego towarzystwa, jak próbuję się nim opiekować.
Od dawna też wiadomo i udowodniono to, że koty pozytywnie wpływają na nasze zdrowie. Ich mruczenie potrafi obniżyć nasze ciśnienie krwi. W wielu przypadkach udowodniono, że obecność kota pomagała wychodzić z depresji. Zagłębiając się w temat, można jeszcze wiele wyczytać na temat pozytywnych skutków obecności kota przy chorym człowieku.

3. WIĘCEJ UŚMIECHU
Kot to po prostu ogrom radości i przyjemności. Nasz przynajmniej kilka razy dziennie sprawia, że się mamy lepszy humor, czasami nie tylko, bo są sytuacje, że umieramy ze śmiechu. To, co on czasami wyprawia, jest nawet nie do opisania :).

Macie w domu jakieś zwierzaki?
Ja nie ukrywam, że marzę o towarzyszu dla naszego kotka, ale nie jestem pewna, jak on sam zareaguję na pojawienie się malutkiego, rozbrykanego przyjaciela. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości się uda i kotki będziemy mieć dwa, a relacje między nimi będą przyjacielskie :).






5 WYJĄTKOWYCH MOMENTÓW ZWIĄZANYCH Z MOIM DZIECKIEM

Obserwowałam ostatnio bawiącą się Lili. Taką roześmianą, pełną energii, biegającą i śpiewającą. Cudownie jest ją mieć i być jej mamą.
W ciągu trzech wspólnych lat są za nami chwile lepsze i gorsze, momenty pełne śmiechu, jak i te gorsze z płaczem i smutkiem.
W ciągu całego tego czasu było też kilka momentów naprawdę wyjątkowych. Takich, które zostają w pamięci na zawsze i za każdym razem, kiedy o nich pomyślę mam uśmiech na twarzy, a oczy mokre od łez wzruszenia. Każda mama ma swoje momenty, które są dla niej troszkę ważniejsze niż codzienność, ale myślę, że wiele z Was pomyślałby o tych samych co ja.

1. CIĄŻA
Lili ten wspólny dla nas stan pozna z moich opowiadać i zdjęć. Ciążę z Lilką wspominam w większości w samych plusach. Każdy dodatkowy centymetr na brzuchu i każdy mały kopniaczek wynagradzał to, co było mniej przyjemne. Ta ciąża była przeze mnie bardzo wyczekana i radość trwała przez całe 40 tygodni. Uwielbiałam leżeć, głaskać brzuch i rozmyślać jak to będzie. Mówić do Lili i po prostu cieszyć się tym magicznym dla kobiety stanem. Wiedziałam już wtedy, że będzie wyjątkowo, ale nie spodziewałam się, że aż tak.

2. NARODZINY
Zwieńczeniem jednego cudu, był drugi cud. Moment narodzin dziecka to chwila po prostu niezwykle wyjątkowa i wzruszająca. Ból przestaje mieć znaczenie, kiedy w końcu możesz przytulić swoje upragnione dziecko. Wyczekane i wymarzone. Nigdy nie zapomnę jaka Lilka była wtedy malutka i jak patrzyła na mnie ciemnymi oczkami. Czas stanął wtedy dla nas w miejscu.

3. PIERWSZE URODZINY
Każde są ważne, ale zdecydowanie te pierwsze są najbardziej wyjątkowe. Wyczekane, zaplanowane i długo przeżywane. Już na długo przed myślałam o tym, jak Lili zareaguje na przyjęcie, prezenty, tort i całą rodzinę w komplecie. Była ogromna ciekawość, trochę wstydu i strachu, które po chwili przerodziły się w uśmiech, który nie schodził z buźki. Ja nie mogłam uwierzyć, że ten pierwszy rok tak szybko nam upłynął, zdecydowanie za szybko.

4. PIERWSZE SŁOWO "MAMA"
Mimo, że tak długo czekałam, to pamiętam, że z zaskoczenia nie wiedziałam co zrobić. Wzruszenie przeplatało się ze szczęściem i ogromną dumą. Pierwsze świadome "mama" z ust dziecka jest niezwykle wzruszające.

5. PRZYTULANIE
Lili jest dzieckiem bardzo przytulaśnym i uczuciowym co ogromnie mnie cieszy. Tulenie to najpiękniejsza chwila bliskości z dzieckiem. Uwielbiam, kiedy to Lili sama przychodzi i opłata mnie swoimi małymi rączkami. To cudowne uczucie, kiedy w moich ramionach znajduje ukojenie i przestaje się bać.


Podzielcie się koniecznie swoimi wyjątkowymi chwilami z dzieckiem :).

1000 PIERWSZYCH DNI

Czwartego czerwca 2013 roku zostałam mamą, był to wtorek i o godzinie 18.13 stał się dla nas prawdziwy, wymarzony cud. Moment narodzin dziecka to chwila magiczna i wyjątkowa, o której nie da się zapomnieć i do której ja często lubię wracać. Wspominam, przeglądam zdjęcia i po cichu uśmiecham się, ponieważ wiem, jak wiele spotkało mnie szczęścia.
Dziś dokładnie ostatniego dnia lutego w roku przestępnym 2016, mija równe 1000 dni, od kiedy jesteśmy razem i, od kiedy to szczęście wypełnia nasze życie.
Ja zostałam mamą, a Lili naszą córką i mimo, że mieliśmy dziewięć miesięcy na przygotowanie się, to jednak tamta chwila wywróciła wszystko do góry nogami. Pojawiły się emocje, o których nie miałam pojęcia, nie sądziłam, że potrafię tak kochać i, że ta mała istotka tak bardzo zmieni nasze życie. Po prostu miłość w najczystszej postaci.

Jak pewnie każdej mamie i mnie ciężko uwierzyć, że czas tak szybko ucieka. Dopiero co nerwowo oczekiwałam zwiastunów zbliżającego się porodu, a tu biega mi po domu mała blondyneczka, której buzia się wprost nie zamyka i od której słyszę, że mnie kocha. No, czy może być coś piękniejszego?
Słowa, że dziecko jest darem, wcale nie są przesadzone. Dziś wiem, że życie bez dziecka jest inne. Może nie gorsze, ale na pewno puste. Brakuję tego czegoś, tego co może wypełnić tylko ten maluszek i zrozumiemy to dopiero w chwili, kiedy przytulimy to maleństwo po raz pierwszy.

1000 pierwszych dni przyniosło nam tak wiele. Nasz dom wypełnia miłość, najpiękniejsza na świecie. Jest tyle radości i powodów do śmiechu, ale oczywiście nie tylko. Ten czas, od kiedy jesteśmy razem, wniósł w nasze życie też zmęczenie, czasem nerwy, płacz i złość. Emocji naprawdę dużo, ale przecież to wszystko jest nam potrzebne i ma swój ogromny sens, bo czy macierzyństwo byłoby takie fajne, gdyby ciągle buzie nam się uśmiechały? Problemy i złe momenty też mają swoją rolę i cel. Przecież po burzy zawsze wychodzi słońce, a plusów warto dostrzegać w każdej sytuacji, nawet tej pozornie złej.
1000 pierwszych dni to w naszym przypadku dużo przytulania. Uwielbiam ciągle tulić Lilkę i dziś ona sama pokazuje, jak bardzo jest jej to potrzebne. Teraz w ciągu dnia to ona często przychodzi na przytulaski. Przytulanie to dla nas najlepszy sposób, żeby odgonić wszystkie smutki i złości. Wychowanie w rodzicielstwie bliskości to chyba najlepsze co możemy dać dziecku.
1000 pierwszych dni to też ogrom nauki. Dla Lili, która ciągle uczy się wszystkiego po kolei. Nauki i dla nas, uczymy się nowych emocji, nowych ról, odpowiedzialności za nasze dziecko i tego, aby być jak najlepszym rodzicem.
Te 1000 dni zmieniło i wniosło w nasze życie, jak i życie całej naszej rodziny jeszcze wile różnych spraw. Jednak ważne jest też to, że ten czas dał mi samej potwierdzenie tego, o czym kiedyś tylko myślałam. Spełniło się to, że rola mamy jest dla mnie najważniejsza, nic więcej mi nie potrzeba. Nie mówię oczywiście, że jestem idealna, bo tak nie jest, ale sama w sobie czuję, że jestem tu, gdzie być powinnam. Wychowanie Lili daje mi całkowite spełnienie, a te 1000 dni to dopiero początek niesamowitej przygody, która czeka mnie jako mamę.


JAKO MAMA CZASAMI MAM DOŚĆ

Ciąża z Lili nie była zaskoczeniem. Decyzja o dziecku była przez nas poważnie przemyślana i wspólnie podjęta. Dokładnie wiedziałam, czego chcę. Chciałam być mamą, dać życie małej istotce, która będzie dla nas wszystkim. Wiedziałam, że to będzie najważniejsza rola w moim życiu i nie pomyliłam się. Od dnia narodzin Lili, codziennie się o tym przekonuję na nowo, a o moich niekończących się uczuciach możecie poczytać: TUTAJ.
Macierzyństwo daje mi spełnienie. Czuję wewnętrznie, że jestem tu, gdzie powinnam. Nie chce niezwykłej zawodowej kariery, wielkiego wykształcenia. Ja chce być po prostu mamą, najlepszą dla mojego dziecka.
Mimo, że tak cieszę się z tego, jak wygląda moje życie to jednak są momenty, czy dni, że mam dość. Tak po prostu, przychodzi taki dzień, że wszystko zaczyna mnie przerastać. Najzwyklejsze błahe sprawy, jak posprzątanie, rozwieszenie prania, zabawa, czy wyjście z Lilką na spacer powodują we mnie złość. Wtedy jedyne co chce zrobić to zamknąć się w pokoju i być tylko sama dla siebie. Usiąść w ciszy i spokoju, pomyśleć, ponudzić się w samotności.
Nie jest mi wstyd i nie mam problemu z tym, że tak się dzieje, że dopadają mnie te gorsze momenty. Myślę, że większość, jak nie każda z nas, matek ma podobnie.

Jestem ogromnie wdzięczna Lili dziadkom, których mam blisko i dzięki, którym mam możliwość mieć ten czas tylko dla siebie. Dla mnie to naprawdę ważne. Mimo, że macierzyństwo było moim marzeniem, to jednak nie potrafię oddać się dziecku bez reszty. To, że urodziłam dziecko nie zmienia faktu, że nadal bardzo potrzeba mi czasu tylko dla siebie samej.
Dając Lilkę na kilka, kilkanaście godzin pod opiekę dziadków, mogę na spokojnie zająć się tym, co lubię, a co najważniejsze zawsze przez ten czas zdążę za nią zatęsknić. Wtedy, mimo że jeszcze rano miałam wszystkiego dość, już wieczorem nie mogę się doczekać, żeby ją zobaczyć i mocno przytulić.
W takich momentach ze zdwojoną siłą wracam do roli bycia mamą. Znów mam chęci i energię, a kolejne obowiązki domowe nie powodują niechęci i grymasu na twarzy.

Taka chwila odskoczni należy się każdej kobiecie, ale wiem, że nie każda ma na to możliwości. Niestety, ale właśnie brak czasu na swoje przyjemności może powodować u nas frustrację i złość. Mimo ukochanego dziecka u boku, czegoś zaczyna nam brakować. Brak wolnej przestrzeni wywołuje złość, niezadowolenie, które mogą odbić się później na dziecku, związku, czy nawet nas samych.
Dlatego warto, żeby każda z nas miała jakiś swój sposób na, chociaż chwilę relaksu, na odreagowanie, czy pozbycie się złego nastroju. Mama powinna być w pełni zadowolona, więc starajmy się, aby ta radość była w nas jak najczęściej, a moment, kiedy mamy dość był rzadkością.


BEZCENNA MIŁOŚĆ MATKI

"Jedynym wytłumaczeniem bezinteresowności, poświęcenia, lojalności i ciepła macierzyństwa, jest miłość."
(Leroy Brownlow)

Miłość do dziecka jest bezwarunkowa i jedyna w swoim rodzaju. Z mojego punktu widzenia to uczucie największe i najpiękniejsze, jakiego dotychczas doświadczyłam. Od kiedy mam Lilię nic nie liczy się bardziej niż to, żeby zapewnić jej wszystko, czego potrzebuje. Nie chodzi mi tu o sprawy materialne, które oczywiście też są ważne, ale przecież nie najważniejsze. Chodzi mi o miłość, o interesowanie się, o uczucie do własnego dziecka, po prostu o bycie przy nim.
Od samego początku mówię do Lilki o tym, co do niej czuję. Chce, żeby wiedziała, jak wiele dla mnie znaczy i jak bardzo ją kocham. Czasami same uczucia nie wystarczą i trzeba o nich mówić. Powtarzać dziecku jak najczęściej, jak bardzo jest dla nas ważne.

Matka dla dziecka jest w stanie wiele poświecić. Od momentu, kiedy zostałam mamą, wszystko zmieniło swoją kolejność. Na pierwszym miejscu stawiam wszystko to, co jest związane z Lili. Teraz to jej potrzeby realizuję w pierwszej kolejności, a dopiero potem myślę o sobie i nie robię tego, bo tak powinnam, czy muszę, tylko dlatego, że chce. Ona jest najważniejsza i całkiem dobrze mi z tą myślą.
Zresztą o to chyba w życiu chodzi, że najpierw sami jesteśmy dziećmi, potem dorastamy, rozwijamy się, aż w końcu przychodzi czas na dziecko i od tego momentu żyjemy właśnie dla niego.
Tak właśnie było i jest u mnie i jestem niesamowicie szczęśliwa z tego, jak potoczyło się moje życie. Od momentu pojawienia się Lili, ja jestem po prostu dumna z tego, że zostałam mamą. Tak samo, jak ponad 2 lata temu, tak samo i dziś ta duma nie maleje, a wręcz rośnie i to jest właśnie miłość.

Miłość matki do dziecka jest jedyna i niepowtarzalna. Nie da się tego uczucia zastąpić żadnym innym. Dziecko od samego początku potrzebuje największego kontaktu właśnie z mamą. Jej dotyku i głosu. Prostym przytuleniem dajemy mu całkowite poczucie bezpieczeństwa. Kontakt z matką lub jego brak ogromnie wpływa na dorosłe życie. Na charakter, zachowanie i okazywanie uczuć. Dziecko, któremu jest okazywana miłość, będzie w życiu dorosłym łatwiej to uczucie przekazywało.
Tak naprawdę rola mamy i jej miłości rozpoczyna się już w ciąży. Szczęśliwa lub nie, zachowuje się z odpowiednim nastawieniem. Dba o siebie lub niestety wprost przeciwnie.
To bardzo smutne, że nie każda kobieta czuje radość z tego stanu, że nie każda mama zaspokaja u swojego dziecka tak ważne poczucie bliskości.
To jest coś, co powinien dostać każdy z nas, a niestety tak często jest inaczej. Czasami tej mamy nie ma od początku, ale nie dlatego, że nie chciała. Innym razem kobiety odtrącają dziecko z własnej woli i to jest chyba najgorsze. Rezygnowanie z tak bezcennego uczucia, które na zawsze pozostawi w dziecku pewnego rodzaju pustkę, której nie wypełni już nic innego.


MIAŁAM MARZENIE

Miałam jakieś 10 może 11 lat. Podczas letniej, upalnej nocy leżałam na kocu w ogrodzie i obserwowałam niebo, które było piękne i intensywnie gwieździste. Bez trudu zauważyłam spadającą w pewnym momencie gwiazdę.
Tradycyjnie pomyślałam sobie życzenie. Marzenie dość dojrzałe i poważne jak na moje lata wtedy. Zamiast pomyśleć o czymś, co interesuje dzieciaki w tym wieku, ja zamarzyłam sobie, że chce zostać mamą. Mamą taką fajną i dobrą, której dziecko będzie szczęśliwe i niczego mu nigdy nie zabraknie.

Nie mam pojęcia, dlaczego tak wcześnie pojawiły się u mnie pierwsze poważne wzmianki o macierzyństwie. Od kiedy tylko pamiętam najbardziej lubiłam się bawić właśnie w dom, opiekować się lalkami, czy być mamą ulubionych maskotek.
Od zawsze miałam w sobie ogrom uczuć i pragnienie posiadania dziecka, zaczęło dawać o sobie znać już tak całkiem na poważnie, kiedy miałam zaledwie jakieś 17 lat. Oczywiście wiedziałam, że to za wcześnie. Rok później poznałam Lili tatę i po dwóch latach związku mój instynkt macierzyński już mocno bił na alarm. Nie uważałam tego za nic dziwnego, więc otwarcie mówiłam o tym, że chciałbym już zostać mamą i oczywiście spotykałam się ze sporym zdziwieniem i niezrozumieniem.
Mimo ogromnych chęci przyszło mi na Lilkę jeszcze trochę poczekać. Sama wiedziałam, że chcę i nawet powinnam najpierw skończyć szkołę. Do dziecka trzeba dwojga, a Lili tata nie był gotowy tak szybko jak ja, więc musiałam dać czas i jemu, aby sam wiedział, że jest świadomy i przede wszystkim pewien, podjęcia decyzji o zostaniu ojcem.

Ponad 2 lata temu, moje marzenie się spełniło. Urodziłam upragnione dziecko. Po porodzie pomyślałam o tej sytuacji sprzed kilkunastu lat. Łzy szczęścia popłynęły po policzku, ponieważ spełniło się to, o czym zamarzyłam tak dawno temu. Zostałam mamą, tak jak zawsze tego chciałam. W końcu spełniło się marzenie małej dziewczynki.
Teraz sama o sobie myślę, że sprawdzam się w tej roli i jestem dobrą mamą, choć tak naprawdę nie mnie jest to oceniać i dziś moim małym życzeniem jest, żeby usłyszeć to kiedyś od Lili, mojej córki.


MAGIA ŚWIĄT Z DZIECKIEM

To będą już nasze trzecie Święta Bożego Narodzenia razem, trzecia gwiazdka naszej małej rodzinki. Szczerze to nawet trudno mi w to uwierzyć, ale przecież czas leci i nic na to nie poradzimy.

Dokładnie pamiętam świąteczny czas, kiedy jeszcze sama byłam dzieckiem. Ta krzątanina, czasem trochę niepotrzebnych nerwów, pyszna kolacja, prezenty, cudowny zapach mandarynek i pomarańczy. Bardzo lubiłam te dni i zawsze z niecierpliwością czekałam na grudzień.
Jako nastolatka podejścia nie zmieniłam, ale już zupełnie inaczej postrzegałam te dni. Bardziej uczestniczyłam w przygotowaniach, w rodzinie pojawiło się dziecko i wszystko znów nabrało innego wymiaru.
Minęło kolejne kilka lat i poznałam Lili tatę. Po raz kolejny odkryłam w Świętach Bożego Narodzenia coś nowego, innego, fajnego. Rodzinny czas zszedł na drugi plan i liczyło się tylko to, aby jak najwięcej czasu spędzić razem. Po sześciu wspólnie spędzonych latach na świecie pojawiła się nasza córka. Pierwsze Święta z Lilką były po prostu magiczne, trudno to nawet opisać. Wszystko robione właśnie pod nią, długie oczekiwanie, w końcu przystrajanie domu i nasza pierwsza rodzinna choinka. Podwójna Wigilia, bo przecież z Lili trzeba już odwiedzić każdych dziadków :). Bardzo intensywne dni, ale zakończone z uśmiechem i świadomością, że było tak jak powinno.

Święta z dzieckiem to zupełnie coś innego. Nagle przestajesz myśleć o swoich potrzebach, już nie jest ważne, żeby się położyć, odpocząć i te kilka dni spędzić na całkowitym relaksie. Wszystko robisz właśnie pod tego małego człowieka.
Pierwsza gwiazdka Lili była pełna wzruszeń i mojego zachwytu na jej reakcje, dosłownie na wszystko. Naprawdę to był bardzo wyjątkowy czas i bardzo żałuję, że te pierwsze Święta można przeżyć tylko jeden raz.
Na drugi rok było już o wiele bardziej świadomie. Próbowanie wielu wigilijnych potraw i ryba, która tak bardzo zasmakowała. Ciągła radość i zachwyt nad wszystkim.
Jak będzie w tym roku? Teraz można się już dogadać z Lili, jest też coraz bardziej samodzielna. Przy stole już usiądzie sama, powie co będzie chciała zjeść, poopowiada z całą rodziną, odpakuje prezenty. Będzie wesoło, to wiem na pewno.
Dziecko rośnie i tak naprawdę każde Święta wyglądają inaczej, w każdych jest coś nowego i każde na swój sposób są i będą wyjątkowe.

Ja dziś tak jak, wtedy kiedy byłam mała, znowu tak bardzo nie mogę się doczekać. Dzięki Lilce znów czuję ten magiczny czas. Wszystkie przygotowania są głównie z myślą o niej. Szykując coś, już myślę, jak na to zareaguje. Niecierpliwie czekam na jej zachwyt, uśmiech i podziw na wszystko, co zobaczy i przeżyje.
Bardzo chce i dążę do tego, aby Lili na wspomnienie o Świętach miała na buzi uśmiech, żeby i dla niej był to wyczekiwany i radosny czas. Nie obchodzą mnie brudne okna i nieposprzątane szafki, bo nie o to chodzi. Pamiętam jak moja mama już w połowie grudnia, biegała ze szmatką i odkurzaczem. Ile przez to było niepotrzebnych nerwów, a wysprzątany dom tak naprawdę w niczym nie pomógł. Święta i tak były pozytywne, a sprzątanie nie miało tu nic do rzeczy.
Święta to ma być czas wspólnego bycia razem i miłości, a nie złości i negatywnych emocji, które wpędzają nas w zły nastrój. Warto odpuścić to, co niepotrzebne i skupić się tylko na tym, co przyjemne, miłe i radosne.


W tym roku to już ostatni wpis. Święta to czas rodzinny i ja właśnie z bliskimi chcę spędzić jak najwięcej czasu :). Do zobaczenia w styczniu.

Kochani
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
życzę Wam wszystkiego, co najlepsze.
Spełnienia marzeń tych mniejszych i większych oraz dużo, dużo zdrowia.
Wesołych Świąt i cudownego Nowego Roku.

Ściskam, Alina Dobrawa.

ZATRZYMAĆ CZAS

Chcesz zrozumieć, jak szybko upływa czas? To po prostu spójrz na swoje dziecko. Jakie to prawdziwe, prawda?
Ja patrzę i ciągle jestem przerażona, tym jak szybko uciekają dni. Bardzo się cieszę, że na dzień dzisiejszy, cały czas mogę być z Lilią w domu. Wychowywać ją, obserwować jak się zmienia i najzwyczajniej w świecie, spędzać razem z nią ten cenny czas. Jednak mimo tego, niestety dużo rzeczy mnie czasem omija. W zawirowaniu codziennych obowiązków ,wiele spraw związanych z Lilką, gdzieś mi umyka.

Na dzień przed moimi trzynastymi urodzinami, na świat przyszła moja bratanica. Malutki, kochany niemowlak, który w mgnieniu oka zaczął mówić, a dziś jest już w gimnazjum i powoli wkracza w dorosłość. Tyle czasu upłynęło, nawet nie wiem kiedy.
Ja jako nastolatka w ogóle nie przejmowałam się upływającym czasem, a jeśli już to w odwrotną stronę. Często chciałam być starsza, niż byłam i oczywiście, jak chyba każdy i ja odliczałam czas do magicznej osiemnastki :).
Potem już było inaczej. Poznałam Lili tatę i nagle po tej wyczekiwanej dorosłości, każde kolejne urodziny dawały do zrozumienia, że czas jednak ucieka i to bardzo szybko.
Mając 24 lata, zostałam mamą i już ruszyło na całego. Urodziłam Lili, a tu nagle obchodziliśmy jej pierwszy miesiąc. Ledwo przywykłam do tego, że jest z nami, a ona już zaczęła chodzić. Pojutrze skończy równe 30 miesięcy, a ja się zastanawiam kiedy, jak i dlaczego tak szybko.

Chciałabym zatrzymać czas. Od kiedy jestem mamą, myślę o tym codziennie. Chciałabym, żeby chociaż każdy moment, każda chwila, trwały dłużej, żeby dzień tak szybko się nie kończył, a miesiące i lata nie uciekały w takim tempie, jeden za drugim.
Zatrzymać czas właśnie, teraz kiedy moja córeczka jest jeszcze malutka, a z jej buźki nie schodzi uśmiech, kiedy wszyscy jesteśmy zdrowi i szczęśliwi.


KIEDY ZOSTAJEMY WE DWIE

Dziś kilka słów o tym, jak to jest, kiedy zostajemy z Lilią same, my dwie, mama i córka przez kilka dni ciągle razem.
Lili tata, raz na jakiś czas wyjeżdża w delegacje. Nie ma go przeważnie 5-7 dni. Poza tym są jeszcze studia, co też powoduje, że wiele weekendów jesteśmy z Lilką we dwie.
Na samym początku mojego macierzyństwa, strasznie nie lubiłam tego czasu. Czasami byłam nawet zła, że znowu zostajemy same. Wkurzałam się, że mam przez to więcej na głowie czy, że ze wszystkim zostaję sama.

Z czasem jednak wszystko zaczęło się zmieniać, wraz z tym, jak Lilka dorasta, ja widzę coraz więcej plusów w tym, kiedy zostajemy tylko we dwie. Dziś widzę, że te dni są wyjątkowe. Fakt, będąc sama mam więcej pracy i obowiązków, ale bez przesady, wszystko idzie pogodzić, to tylko kwestia organizacji i przede wszystkim podejścia, które teraz mam zupełnie inne niż jeszcze dwa lata temu.
Kiedy jesteśmy same jest inaczej, ale to nie znaczy, że gorzej. Jeśli choroba nie pokrzyżuje nam planów, staram się jak najbardziej wynagrodzić Lilce czas bez taty. Wyjeżdżamy na wycieczki, odwiedzamy dziadków. Te dni są dla nas bardzo intensywne i próbuję wykorzystać z nich ile tylko się da, a jeśli jednak musimy zostać w domu, to także staram się zaciekawiać ją jakimiś fajnymi zajęciami, choć zdarza się też, że czas spędzamy na miłym lenistwie i nicnierobieniu.
Bardzo, a chyba nawet najbardziej, lubię nasze noce, całe łózko mamy dla siebie :). To już tradycja, że jak nie ma taty to Lilka, zajmuje jego miejsce. Od zawsze lubiłam mieć podczas spania Lili przy sobie, ale w trzech mamy już ciasno, więc kiedy jest okazja zawsze zabieram ją do siebie. Uwielbiam te noce, ostatnio Lilia śpi bardzo spokojnie, więc mogę ją tulić cały czas. Dla mnie to najpiękniejsze momenty, kiedy mogę ją mieć przez tak długi czas, tak blisko, czuć jej zapach i oddech. Po prostu cudowna bliskość, nasza bliskość.


Sama Lilka jeszcze nie odczuwa, że taty jakiś czas z nami nie ma. Choć ostatnio, powoli zaczynają się pytania, ale tylko napomni i zaraz zapomina. Wieczorami zawsze jest ich wspólna rozmowa, więc można powiedzieć, że w jakiś sposób Lilka nadrabia brak taty w ciągu całego dnia.
Dzisiaj spokojnie mogę już napisać, że takie dni są potrzebne. Zarówno mamie, jak i tacie, więc kiedy i ja mam okazję do wyjazdu, nawet się nie zastanawiam i wiem wtedy, że Lilię i tatę czeka fajnie spędzony wspólnie czas.
Ciekawa jestem Waszego zdania na ten temat :).