PIERWSZY ROK PRZEDSZKOLA

Za nami pierwszy rok, kiedy Lili uczęszczała do przedszkola. Nie będę ukrywać, że półtora roku temu, kiedy byliśmy przed podjęciem decyzji, o tym, czy w ogóle ma pójść, byłam pełna strachu i obaw. Szczerze, to bałam się puścić ją w świat. Trzy lata spędzone ze mną w domu zrobiły swoje i ciężko było mi, jako mamie nagle się z nią rozstać.
Jednak obserwowanie Lili pokazało mi, że to już najwyższy czas na puszczenie jej do dzieci. Było widać, że moje towarzystwo przestało jej wystarczać i choć bym stanęła na głowie z wymyślaniem jej zajęć, to nie zastąpię jej tak potrzebnego kontaktu z rówieśnikami. Odnajdywała się w towarzystwie innych dzieci. Była chętna do wspólnych zabaw, czy choćby, po prostu rozmów i spędzania czasu w ich towarzystwie.
Gołym okiem było widać, że to najlepszy czas, żeby posłać ją do przedszkola.

Początkowo w ogóle nie było w naszym mieście szans na przedszkole publiczne dla 3-latków. Pierwszeństwo w miejscach miały dzieci rok starsze. Na szczęście tuż przed wakacjami, jedna ze szkół podstawowych otworzyła swój oddział przedszkolny z naborem dla trzy i czterolatków. Dni otwarte upewniły nas w decyzji, że chcielibyśmy, żeby Lilka właśnie tam trafiła. Tym bardziej ucieszyłam się, kiedy jej nazwisko znalazło się na liście dzieci przyjętych.

Już po kilku pierwszych tygodniach miałam potwierdzenie, że decyzja o pójściu Lili do przedszkola był słuszna.
Lilka zmieniła się niesamowicie. Naprawdę, nawet gdybym chciała, to nie znajdę, ani jednego negatywu.
- ROZWÓJ - to zdecydowanie największy plus. Lilka w krótkim czasie od rozpoczęcia przedszkola, bez większych problemów zaczęła opowiadać wierszyki, śpiewać piosenki. Naprawdę nie raz przysłowiowo opadała mi szczęka, kiedy nagle zaczynała śpiewać piosenkę, która zdawała się nie mieć końca. Długie wierszyki, ogromna poprawa w rysowaniu, czy innych pracach manualnych.
- SAMODZIELNOŚĆ - oczywiście dziecko zapisane do przedszkola publicznego w pewnym stopniu musi już być samodzielne i tak też było z Lili. Jedzenie, czy toaleta nie sprawiały jej najmniejszego problemu, a w przedszkolu świetnie podszkoliła się np. w samodzielnym ubieraniu.
- KONTAKT Z DZIEĆMI - Lila uwielbia się bawić i w przedszkolu w końcu mogła w pełni się wyszaleć. Z początku chętniej przebywała w towarzystwie chłopców, ale na zakończenie najbardziej smuciła się za ulubionymi koleżankami.

Drugi rok trwa w najlepsze. Nie ukrywam, że miałam trochę obaw, jak Lila odnajdzie się po dwumiesięcznej przerwie, ale na szczęście całkiem niepotrzebnie. Pierwszego dnia pomaszerowała do dzieci, tak jakby żadnej przerwy nie było.
Na koniec muszę wspomnieć trochę o chorobach. Tak więc Lili choruję dużo, ale ona od zawsze w okresie jesienno-zimowym łapie sporo infekcji. Choroby były przed przedszkolem i są teraz. Myślę, że gdyby została w domu, to niewiele by się pod tym względem zmieniło.


O MOIM DRUGIM PORODZIE

Osiem miesięcy temu na świat przyszła Dalia. Mimo panicznego strachu, który towarzyszył mi do samego końca, poród okazał się niesamowicie pozytywnym wydarzeniem. Z Lilką tak naprawdę nie było najgorzej, ale dopiero przy Dalii przekonałam się, że poród można przeżyć tak cudownie i przede wszystkim tak świadomie.
Wspomniany już strach towarzyszył mi praktycznie przez całe 9 miesięcy. Wiedziałam dokładnie, co mnie czeka i jakoś nie uśmiechało mi się ponownie to przeżywać.
Na szczęście wraz z upływającym czasem moje nastawienie zaczęło się powoli zmieniać. Wspomnienie pierwszego porodu starałam się jak najbardziej przełożyć na plus. Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy nadal niesamowicie się bałam.

To była problemowa ciąża. Cztery pobyty w szpitalu, strata jednego bliźniaka, dużo strachu i nerwów. Dotrwanie do 40 tygodnia była ogromną ulgą, ale już w zasadzie od 37 tygodnia z nadzieją wyczekiwałam jakichkolwiek oznak, że to już. Tak samo, jak ponad trzy lata temu poród zaczął się nad ranem, trzy dni po terminie.


Pierwszy mocniejszy skurcz obudził mnie w środku nocy. Chciałam czekać z nadzieją, że lada chwila nadejdzie kolejny, ale zasnęłam, nawet nie wiem kiedy.

Ponowny skurcz obudził mnie już nad ranem. Ciągle będąc w łóżku, po 15 minutach nadszedł kolejny, potem po 12 następny i po 20 minutach jeszcze jeden.
Trochę zwątpiłam w tę nieregularność, bo przecież przy Lili było idealnie co 10 i 12 minut, a tu takie przeskoki. Wstałam i bez większych zmian. Skurcze w odstępie od 8 do nawet 25 minut. Jedynie to, że były tak wyczuwalne, dawało mi do myślenia. Mało przekonana postanowiłam, że jednak pojedziemy do szpitala. Mimo sporej odległości od placówki (35 km) wcale mi się nie spieszyło. Na spokojnie wzięłam kąpiel, umyłam włosy i sprawdziłam torbę. Na tak spokojnym szykowaniu zleciało sporo czasu i wyjechaliśmy z domu dopiero o 13.00. Wcześniej zjadłam coś na szybko i pożegnałam się z Lili, bo wiedziałam, że nawet jeśli nie urodzę to i tak już mnie do domu nie puszczą.
Tak jak w domu cały czas nachodziły mnie skurcze, tak przez całą podróż autem wszystko dosłownie ustało. Przez prawie godzinę nie poczułam ani jednego skurczu. Byłam pewna, że wszystko ucichło i był to fałszywy alarm. Chciałam już nawet zrezygnować, ale stwierdziłam, że skoro i tak jestem 3 dni po terminie, to może warto już zostać w tym szpitalu i być pod stałą opieką.
Wejście do budynku szpitala automatycznie spowodowało powrót skurczy :). Śmiesznie to brzmi, ale dokładnie tak było. Całą drogę cisza, a wystarczyło wejść do szpitala i wszystko wróciło do normy. Mimo tak długo już trwającej akcji skurczowej dalej cały czas były one nieregularne.

Przyjęcie do szpitala poszło błyskawicznie. Początkowo oczywiście trochę wypełniania dokumentów, a zaraz po tym natychmiastowa konsultacja i badanie u lekarza, które potwierdziło, że poród jak najbardziej się zaczął. 10 minut później byliśmy już w naszej sali porodowej. Piękna, nowa sala do porodu rodzinnego. Tak jak za pierwszym razem, zdecydowaliśmy się oczywiście na wspólny poród.

Po położeniu się na porodówce, czyli gdzieś po 15.00, skurcze mimo ciągłej nieregularności, sporo już przybrały na sile. Krótko po podłączeniu do KTG, na moment był problem z tętnem, przez co wezwano lekarza. Zaczęły padać hasła o cesarskim cięciu, co ogromnie mnie przeraziło, ale dzięki temu, że szybko wszystko wróciło do normy i zapis z KTG zaczął się poprawiać, podjęto decyzję, żeby czekać, obserwować i za kilka godzin podjąć decyzję. Lekarz miał wrócić za jakiś czas i zdecydować. Minęły dwie godziny, które dla mnie trwały może z 30 minut. Praktycznie cały ten czas przeleżałam, Michał siedział obok. Często zaglądała do nas położna lub któraś ze studentek, ale ogólnie starano się jak najwięcej zostawiać nas samych. KTG cały czas wychodziło idealnie, więc spokojnie liczyłam, że pozwolą nam rodzić naturalnie.
Lekarz zajęty jednym cięciem, za drugim nie bardzo miał czas, żeby do nas zajrzeć.
Skurcze tak przybrały na sile, że zdecydowałam poprosić o znieczulenie, a że historia lubi się powtarzać, to okazało się, że już za późno, bo poród się rozpoczął. Chyba nikt, w tym ja sama nie spodziewał się, że tak szybko urodzę. Sama osobiście liczyłam, że może coś się ruszy w nocy, a tu nagle położna oznajmia, że nie czekamy na lekarza, tylko zaczynamy.
Przeszedł mnie ogromny strach. Znowu wszystko zaczęło się dziać za szybko. Ledwo pozbierałam się po tym, ze w ogóle jestem na porodówce, a tu już zaczyna się cała akcja. Przyjemny, przyciemniony pokój tylko dla nas, szybko zamienił się w jasną salę pełną sprzętów i położnych gotowych na powitanie naszego dziecka.
Położnej lepszej nie mogłam sobie wymarzyć. Cudownie poprowadziła mnie przez cały poród. Widziała moją panikę i chyba dobrze wiedziała jak postępować i co mówić, żeby choć trochę uspokoić, to co działo się w mojej głowie. Sama pozwoliła mi zdecydować, czy wolę rodzić dłużej bez nacięcia, czy szybciej z nacięciem. Wybrałam pierwszą opcję. Zaufałam jej i to była dobra decyzja. Dokładnie mówiła co mam robić, jak oddychać, jak przeć, a ja dokładnie spełniałam jej polecenia.

Tak właśnie po 4 parciach o 18.50 urodziła się Dalia. Łzy szczęścia płynęły po policzkach, a ja znów poczułam ten cudowny stan.

Poczułam przede wszystkim tę niesamowitą ulgę. Dumę, że zostałam mamą. Szczęście, że poród odbył się bez komplikacji, że trwał tak krótko.
Nawet nie sądziłam, że poród może być tak miłym przeżyciem. Mimo całego tego bólu udało się przeżyć to w taki magiczny sposób.

Przez 2 godziny pozwolono nam nacieszyć się tą piękną chwilą. Mimo ogromnego zmęczenia czułam, jak nachodzą we mnie nowe siły, gotowe do działania.

Po wizycie pediatry Dalijkę zabrano na oddział noworodkowy. Ja miałam czas na zmianę sali i kilka godzin na odpoczynek, zjedzenie kolacji i sen.
W nocy Dalunia wróciła do mnie, a po trzech dniach razem opuściłyśmy oddział.

Pisząc ten wpis, cały czas mam na twarzy uśmiech. Wcześniej w życiu, nawet bym nie pomyślała, że można tak niesamowicie przeżyć poród, że może być on wspomnieniem, do którego chce się wracać.

Każdej przyszłej mamie życzę takich narodzin jej maluszka.


TYDZIEŃ PROMOCJI KARMIENIA PIERSIĄ

Aktualnie trwa, a w zasadzie to już się niestety kończy, tydzień promocji karmienia piersią, który w tym roku dokładnie przypadł na tydzień - 26.05-01.06.2017.

Przy Lili nie udało nam się z karmieniem. Próbowałam, zobaczyłam co i jak, ale skończyło się po miesiącu. Nie chcę rozpamiętywać i się obwiniać, ale z dzisiejszą wiedzą wiem, że kryzys, który mnie wtedy dopadł był do przejścia. Dziś poradziłabym sobie bez problemu, no ale wtedy nie wiedziałam. Nie wiedziałam i po prostu odpuściłam. Nie było nikogo, kto by podpowiedział i pokazał co i jak. Nikt sam nie pomógł, ale i ja tej pomocy nie poszukałam. Przyjęłam wszystko tak, jak się wydarzyło. Trudno, czasu nie cofnę.
Dzięki tamtej porażce sporo się dowiedziałam i przy Dalii sprawy wyglądały już zupełnie inaczej. Przede wszystkim ja z większą wiedzą i determinacją, że chcę karmić, rozpoczęłam całą przygodę z karmieniem.

Trzeba chcieć.
No właśnie, bo po pierwsze to trzeba chcieć. Nic nam nie pomoże, jeśli gdzieś tam nie do końca czujemy, że to karmienie jest dla nas, że tego chcemy. Nie będziemy się wtedy tak starać, czy szukać pomocy, kiedy pojawią się problemy.

Podejście.
Karmienie siedzi w głowie! Nic dodać, nic ująć. Naprawdę.
Gdy urodziła się Lili, ciągle byłam zestresowana. Dosłownie bałam się karmienia. Tego, czy mi wyjdzie, czy zrobię to dobrze. No i wyszło, jak wyszło.
Teraz kiedy urodziła się Dalia, do wszystkiego podeszłam z wielkim spokojem i opanowaniem. Wiedziałam już, że początek będzie trudny i trzeba go po prostu przetrwać, żeby potem było cudownie.

Dzięki temu wszystkiemu mogę teraz korzystać i cieszyć się z tego ile daje nam obu karmienie piersią.
Mam nadzieję, że nasza wspólna przygoda potrwa jeszcze bardzo długo. Dalka uwielbia, co jest najważniejsze i ogromnie mnie cieszy.
Ja nie mogę się wprost nacieszyć, kiedy tak się we mnie wpatruje, trzyma bluzkę małymi rączkami. Przede wszystkim bardzo doceniam to, jak przy piersi szybko potrafi się uspokoić. Po prostu lek na całe zło.


PODWOJONA MIŁOŚĆ

Zanim na świecie pojawiła się Lilia, już wiedziałam, że chcę mieć więcej niż jedno dziecko. Sama mam rodzeństwo, wychowałam się z dwoma braćmi, więc było dla mnie oczywiste i wręcz naturalne, że tak samo, jak moi rodzice i ja chcę stworzyć większą rodzinę.

Po narodzinach Lili coś się jednak zmieniło. Przez pierwsze tygodnie, kiedy była z nami, było dla mnie nawet nie do pomyślenia, by mieć więcej dzieci. Nie dlatego, że same początki macierzyństwa są dosyć ciężkie, bo o tym się zapomina i to przemija, ale dlatego, że byłam pewna, że drugi, czy kolejny raz już tak bardzo nie będę w stanie pokochać. Miałam ogromne obawy, że drugie dziecko mogę traktować w pewien sposób inaczej.
Na szczęście takie myślenie było tylko chwilowe. Po raz drugi mój instynkt macierzyński obudził się już po roku. Już wtedy widziałam, że z czasem zdecydujemy się na drugie dziecko.

Czas mijał i, kiedy w styczniu ubiegłego roku dowiedzieliśmy się, że jesienią zostaniemy po raz drugi rodzicami, od razu pokochałam tę małą istotkę, która zaczęła się rozwijać pod moim sercem. Nawet przez chwilę się nie zawahałam, nie zastanawiałam, po prostu już kochałam bezgranicznie.
Dalia się urodziła, a ja poczułam ten sam magiczny i niesamowity stan co cztery lata temu.
Mówi się, że miłość się mnoży, a nie dzieli i teraz w stu procentach mogę to potwierdzić. Będąc jeszcze tylko z Lili, nie mogłam uwierzyć, że miłość matki może być tak ogromna, że można kochać jeszcze bardziej i bardziej. Potem pojawia się drugie dziecko i to wszystko się powtarza. Okazuję, że tej miłości jest jeszcze więcej.
Mam ogromne szczęście, że jest mi dane doznać tego cudownego uczucia, miłości mamy do dzieci.
Dziś nie mam wątpliwości, że w przyszłości będę gotowa, aby nasza rodzina powiększyła się o kolejne maleństwo.

Obawy są i zawsze będą. Niech żadna z Was nie obwinia się, że zadaje sobie pytania, czy będzie w stanie pokochać kolejne dziecko. To jest normalne, a wątpliwości na szczęście szybko uciekają.


KORA DĘBU, CZYLI IDEALNA POMOC PRZY PODRAŻNIONEJ SKÓRZE

Cudowne działanie naparu z kory dębu odkryłam ponad trzy lata temu, kiedy to jeszcze Lili była malutkim niemowlakiem. To właśnie ten naturalny sposób, poradziła nam położna, kiedy to po podaniu Lili antybiotyku, zaczęło ją bardzo mocno wysypywać pod pieluszką.
Wcześniej straciliśmy sporo czasu na próby zwalczenia tego problemu różnymi maściami i kremami. Kompletnie nic nie chciało pomóc i dopiero wspomniany napar z kory dębu przyniósł niesamowitą poprawę i ulgę. Znaczne polepszenie było widać już pierwszego dnia od zastosowania.

Nie wiem, dlaczego ten post nie powstał już dużo wcześniej. O korze dębu zwyczajnie zapomniałam, ale wróciliśmy do niej na nowo kilka tygodni temu, kiedy podobny problem z podrażnioną skórą pojawił się u Dalii. Tym razem już nie traciłam czasu na szukanie i od razu, kiedy skóra zaczęła robić się czerwona, zaczęłam przemywać ją, naparem z kory. Oczywiście tak jak poprzednio poprawa była widoczna niemal natychmiastowo.

Jak przygotować?
Zwyczajnie zalać 2 torebki, szklanką wrzącej wody. Odczekać do przestygnięcia.
W letnim naparze nasączyć płatek kosmetyczny i przemywać kilka razy dziennie podrażnione miejsca.

W czasie problemów ze skórą u maluszków (zwłaszcza tych najmłodszych), oprócz zastosowania kory dębu, warto na ten czas zrezygnować z używania chusteczek nawilżających, różnego rodzaju kremów no i w razie możliwości dużo wietrzyć podrażnione miejsca.


Dodatkowo wspomnę, że kora dębu jest pomocna nie tylko przy stanach zapalnych skóry. Świetnie sprawdza się też przy:
- przetłuszczających się włosach (tylko ciemnych) - z kory dębu robimy płukankę
- nadmiernej potliwości
- oparzeń i odmrożeń
Tak więc naprawdę, warto mieć ją w domu, a dostaniemy ją przeważnie w każdej aptece za kilka złotych.

TRZYMAM ZA RĘKĘ

Po raz drugi przechodzę przez ten cudowny etap macierzyństwa. Etap, kiedy maluszek jest niemowlęciem, które tak bardzo potrzebuje mamy.
Dziecko oczywiście zawsze potrzebuje drugiej osoby, ale zdecydowanie tylko z początku potrzeba bliskości jest tak silna.

Przytulenie mamy jest ukojeniem na wszystko. Każdy płacz, czy strach uspokoją moje ramiona, mój dotyk, i ciche szeptanie do małego uszka.
Bezgranicznie uwielbiam ten etap. Czas, kiedy do woli mogę nosić, przytulać i być z nią tak blisko. Wiem, że lada moment zacznie ją interesować pełno innych ważniejszych spraw i zabaw. Wiem, że zacznie mi umykać i wiem też, jak bardzo będę tęsknić za tym, co jest właśnie teraz.

Jednym gestem bliskości daję do zrozumienia tej małej istotce, że jestem obok, że może czuć się bezpiecznie.
To jest właśnie niesamowita moc rodziców. Dotykiem ukoić każdy lęk.

Pewnie dobrze wiecie, jak cenię i uwielbiam to, że jestem mamą, że mam dwie cudowne córki. Codziennie tuląc Dalię czuję, że tak właśnie miało być, że tak chciałam. Trzymam za rękę moje największe szczęście. To, co najważniejsze mam najbliżej siebie.


OPOWIEŚĆ O MOIM KARMIENIU

Moja mleczna przygoda trwa nieustannie od ponad trzech miesięcy. Niektórzy z Was mogą pomyśleć, że to przecież tyle, co nic i skąd w ogóle tak wczesna radość, ale dla mnie to już ogromny sukces i wielki powód do dumy. Tym bardziej, że po raz drugi miałam kiepski start.
Nasze początki nie były łatwe. Pierwsze nieudane przystawienie, pierwszy nawał, nad którym ciężko było mi zapanować, ból i karmienie przez łzy. Karmiłam, cały czas mając w głowie, że to tylko teraz, że tylko ten początek jest taki ciężki. Wiedziałam, że trzeba zacisnąć zęby i przetrwać, bo potem będzie już tylko lepiej. Nie myliłam się, jest cudownie :).

Co najbardziej mi pomogło?
Otóż to, że nie wyszło mi z Lilką. Niestety, ale przy karmieniu Lili popełniłam pełno błędów, które spowodowały, że nasza przygoda skończyła się po miesiącu. Na samej piersi Lilka była ledwie dwa tygodnie. Skończyło się, bo nie miałam wiedzy i zbyt mało silnej woli, żeby zawalczyć. Nie katuję się z tego powodu, bo moje starsze dziecko świetnie wyrosło na mleku modyfikowanym, ale obiecałam sobie, że przy kolejnym maluszku będzie już inaczej.
Trzy lata temu popełniłam błąd już na samym początku. Jeszcze będąc w pierwszej ciąży, mówiłam sobie, że na nic się nie nastawiam, co ma być, to będzie. To był błąd, bo problemy, które się pojawiły, po prostu przyjęłam, zamiast próbować je pokonać.
Tym razem już od samego początku, kiedy wiedziałam, że po raz drugi zostanę mamą, od razu obiecałam sobie, że zrobię wszystko, żeby zawalczyć o karmienie moim mlekiem. Takie właśnie nastawienie pomogło mi już od pierwszego dnia bycia mamą Dalii. Tym razem też nie bałam się pytać i prosić o pomoc. Tutaj też po raz kolejny bardzo chcę podziękować Weronice (BUDUJĄCA MAMA) za poświęcony mi czas i przekazanie ogromniej wiedzy i wielu cennych wskazówek, które bardzo mi pomogły przetrwać i pokonać wszystkie przeszkody.
Mając dzisiejszą wiedzę na temat karmienia piersią, wiem na sto procent, że z Lilką też by się nam udało. Kryzys, który wtedy mnie dopadł, poszłoby pokonać. Dzień, czy dwa i wszystko wróciłoby do normy.

Teraz przy drugiej przygodzie z karmieniem zdecydowanie najgorszy okres dotychczas, miałam zaraz po wyjściu ze szpitala. Wtedy właśnie dostałam nawału, nad którym ciężko było mi zapanować. Zaczęło też mocno boleć ssanie Dalii. Do tego jeszcze ogólne zmęczenie po porodzie i tak namnożył się spory kryzys.
Przy nawale ciężko było sobie poradzić. Dalia piła krótko, a mleko nachodziło szybko w coraz większej ilości. Co chwilę lądowałam pod prysznicem, żeby w miarę naturalnie sobie z tym poradzić. Po dwóch dniach mozolnego odciągania i w miarę częstego przystawiania Dalci, w końcu pomogło. Nadeszła pierwsza niesamowita ulga. Wiedziałam i na szczęście nie myliłam się, że teraz będzie już tylko z górki.
Zdarzały się jeszcze gorsze dni, czy momenty, ale potrafiłam sobie już z nimi sama radzić. To jest chyba mój największy sukces! Wiedza, której tak bardzo mi zabrakło przy Lilce.

Karmienie piersią to cudowna sprawa, teraz to wiem. Uwielbiam tę bliskość, dotyk, te malutkie rączki trzymające się mojej bluzki, te oczka, które tak się we mnie wpatrują. Naprawdę warto było przejść przez ten ciężki początek, żeby teraz mieć taką nagrodę.
Tak, karmienie Dalii to dla mnie piękna nagroda macierzyństwa.


OBJAWY BARDZO WCZESNEJ CIĄŻY

Objawy bardzo wczesnej ciąży. W ogóle istnieją? Ja na swoim przykładzie zapewniam Was, że tak.
Moje ciało, w każdej ciąży, już na kilka dni przed terminem spodziewanej miesiączki, kiedy to jeszcze na zrobienie testu ciążowego było za wcześnie, dawało sygnały, że jednak coś jest inaczej.
Oczywiście najbardziej skuteczny i wiarygodny sposób na sprawdzenie to badanie krwi lub USG, ale na to potrzeba czasu, a jak wiadomo ciężko w takich okolicznościach wytrzymać.
Sprawa jest ułatwiona, kiedy staramy się o dziecko, bo wtedy też bardziej wsłuchujemy się w swój organizm, zwracamy uwagę na więcej szczegółów, które normalnie pewnie by nam umknęły. Poniżej przedstawię Wam objawy, które wystąpiły w moim przypadku i które jednoznacznie oznaczały, że pod moim sercem rozwija się maleństwo.

OBJAWY BARDZO WCZESNEJ CIĄŻY

POWIĘKSZONE I BOLESNE PIERSI
W pierwszej ciąży już na ponad tydzień przed terminem spodziewanej miesiączki zauważyłam spore zmiany w moim biuście. Powiększone piersi przed okresem to czasami całkiem normalny objaw jednak u mnie nigdy nie występował, więc gdzieś z tyłu głowy zaczęłam się zastanawiać, że może się udało. Nie myliłam się :).

WSTRĘT DO KAWY
Ten objaw jest bardzo popularny. Dużo kobiet z niewiadomych przyczyn, nagle odrzuca od używek. Ja tak miałam właśnie z kawą. Moja ulubiona, codziennie przyrządzana w ten sam sposób, jednego dnia była po prostu nie do wypicia. Już nawet sam jej zapach mnie odrzucał.

SENNOŚĆ
W zasadzie to nie tylko senność, ale ogólnie uczucie większego zmęczenia. Z dnia na dzień, nagle zaczęłam mieć mniej energii i sił. Jedyne co pomagało to po prostu położyć się i chociaż z godzinę odpocząć.

ZMIENNY NASTRÓJ
Niby jak najbardziej normalny na kilka dni przed miesiączką, ale w moim przypadku, kiedy już byłam w ciąży, wszystko zdecydowanie bardziej się nasiliło. Złość, śmiech, płacz, dosłownie wszystko naraz, a kilka dni później pozytywny wynik testu.


Kochane, a jak było u Was? Czy wiedziałyście, że się udało, zanim jeszcze zrobiłyście test, czy ciążę potwierdził lekarz?

DELEKTUJĘ SIĘ TYM CZASEM

Ciąża całkowicie mną zawładnęła. Pewnie trochę dziwnie to może brzmieć, ale zdecydowanie brzuszek ostatnio przysłonił mi wszystko, oczywiście w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu.
Pierwsze tygodnie były nerwowe, ale później wszystko nabrało już pięknego i niesamowitego jak dla mnie wymiaru. To jest przecież tak cudowny czas, który niestety mija tak szybko, wręcz błyskawicznie. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę tego wszystkiego ponownie doświadczyć.

Wydaje się, że to właśnie ta pierwsza ciąża powinna być tą najbardziej wyjątkową i w sumie to na swój sposób jest, ale każda kolejna ma jednak w sobie coś znacznie więcej.
Dziewięć miesięcy z Lilką to było dla mnie jedno wielkie odliczanie. Tydzień za tygodniem czekałam na upragniony koniec. Miałam wrażenie, że te czterdzieści tygodni trwa wprost wieczność. Tak bardzo chciałam mieć już upragnione dziecko przy sobie, że kompletnie zapomniałam, by po prostu cieszyć się tym magicznym dla kobiety stanem.

Ta ciąża jest już przede wszystkim zdecydowanie bardziej świadoma.
Po pierwsze już wiem, co mnie czeka. Żadne zmiany, czy dolegliwości nie wywołują u mnie paniki i wątpliwości, tylko uśmiech, że tak już było, że dobrze znam to uczucie i wiem, z czym jest związane.
Po drugie wiem, że mimo oczekiwania dziewięciu miesięcy, ciąża jednak mimo wszystko, mija błyskawicznie i teraz cieszę się dosłownie każdym dniem. Uwieczniam na wielu zdjęciach rosnący brzuszek. Po prostu delektuję się tym stanem, bo wiem, że lada moment będę już tulić maleństwo, a powiększający się brzuszek będzie już tylko miłym wspomnieniem.
Ciąża to wyjątkowy moment. W ciele kobiety przez krótki czas rozgrywa się prawdziwy cud i warto mieć tego świadomość. Nie przebierać nerwowo nogami z myślą, kiedy koniec, a cieszyć się i korzystać z tak cudownego dla nas czasu.


UTRACONE ŻYCIE

Nigdy nie chciałam się tutaj dzielić tak prywatnymi sprawami. Wiem, że poprzez pisanie bloga, wiecie o wielu sprawach z mojego życia, ale są rzeczy, o których pisać nigdy nie chciałam. Jednak po upływie pewnego czasu i rozmowie z kilkoma osobami wiem, że ten wpis powinien się pojawić, bo może po prostu komuś pomóc. Ja sama prawie dwa lata temu szukałam wsparcia u kobiet po podobnych przejściach. Rozmowa, choćby ta mailowa pomagała, przynosiła ulgę. Wiedziałam, że nie jestem sama i nie tylko ja przez to przeszłam.
O tym, co się wydarzyło, pokrótce już raz napisałam, chcąc szczerze wytłumaczyć moją dłuższą nieobecność na blogu. Jednak na podzielenie się wszystkim, co się wydarzyło, nie byłam gotowa i szczerze, nie chciałam wtedy tego.
Od tamtego momentu minęło już trochę czasu. Czas leczy rany i choć nigdy nie zapomnę i nie przestanę się zastanawiać, dlaczego tak się stało, to pogodziłam się już z tym, że straciłam moją drugą ciążę.
Nie planowaliśmy dziecka w tym czasie, ale po pierwszym szoku, od razu przyszedł ogrom szczęścia. Los zdecydował za nas, a my z radością to przyjęliśmy.
Początkowo dosłownie nie mogłam uwierzyć, pierwsza noc ze świadomością, że jestem w ciąży, była pełna moich myśli, obaw i niewiadomych, ale cieszyłam się, bardzo się cieszyłam i już ogromnie pokochałam to maleństwo.

Problemy zaczęły się praktycznie od samego początku. Już badania krwi, które robiłam na własną rękę, nie wychodziły, tak jak powinny. Wtedy jeszcze się nie bałam. Wiadomo, początki bywają różne i byłam pewna, że lada moment wszystko się unormuje. Tak się jednak nie stało. Pierwsza, druga i kolejna wizyta w gabinecie lekarskim nie zostawiała złudzeń, że coś jednak jest nie tak. Ciąża od pierwszego badania, cały czas była zdecydowanie mniejsza, niż powinna. Wtedy strach zawładnął mną już całkowicie.
Bałam się każdego dnia. Nikomu nic nie mówiliśmy, musiałam udawać przed własnymi rodzicami, że wszystko jest dobrze, kiedy tak naprawdę nie potrafiłam już skupić myśli na niczym innym.
Mimo ogromnych obaw nadzieja nie opuszczała mnie do ostatniego dnia. Nawet kiedy stało się najgorsze, jadąc do szpitala, wierzyłam jeszcze, że sytuację uda się opanować. Lekarze i położne również kazali do samego końca być dobrych myśli, choć wydaję mi się, że już wtedy wiedzieli, jak to wszystko się skończy. I stało się to, czego tak nie dopuszczałam do myśli, czego się bałam i co było największym koszmarem. Poroniłam.
Źle to wszystko zniosłam, po wyjściu ze szpitala, szybko wróciłam tam ponownie, a pobyt w tym miejscu działał na mnie bardzo źle. Psychicznie miałam już naprawdę dosyć. Widok ciężarnych kobiet, odgłosy z porodówki, naprawdę nie ma nic gorszego dla kobiety, która właśnie straciła dziecko niż pobyt w takich okolicznościach. Z nadzieją modliłam się o zgodę na wyjście.
W końcu, kiedy udało się unormować moją sytuację zdrowotną, mogłam opuścić szpital. Po powrocie do domu we wszystkim najbardziej pomogła mi chyba Lili. Jej obecność to, że musiałam się nią zająć, sprawiało, że mimo wszystko moje dni w domu wyglądały w miarę normalnie. Chcąc nie chcąc musiałam wstać i żyć tak jak dawniej, uśmiechać się, bawić, wychodzić z domu. Były dni, szczególnie z początku, że wstanie z łóżka, było dla mnie katorgą, ale nie było wyjścia i choć z początku denerwowało mnie, że nie mogę po prostu pobyć sama, to z perspektywy czasu widzę, że przymus opieki nad Lili to było najlepsze, co mogło mnie wtedy spotkać. Po dłuższym czasie wiem, że to dobrze, że nie miałam taryfy ulgowej w codzienności. Obowiązki wychowania Lilki i prowadzenia domu sprawiły, że żyłam normalnie, zamiast leżeć i pogłębiać się w smutku.

Początki po poronieniu nie były łatwe. Kiedy zostawałam sama, bardzo często nie potrafiłam skupić myśli na niczym innym. Zastanawiałam się, dlaczego tak, dlaczego my. Najgorzej chyba było do dnia przewidywanej daty porodu. Często zastanawiałam się, jakby to było, gdyby nic złego się nie stało. Jak czułabym się w ciąży, jak rósłby brzuszek, czy mielibyśmy synka, czy córkę. Multum pytań bez odpowiedzi krążyło w moich myślach.
Czas leczy rany i tak było też w naszym przypadku. Niesamowicie dużo, jak nawet nie najwięcej we wszystkim, oprócz Lili pomogła mi też kolejna ciąża.
Pierwsze tygodnie były bardzo trudne, bałam się, że znowu może się coś stać. Czas do pierwszego badania był bardzo ciężki i stresujący. Wiadomość o ciąży bliźniaczej przeraziła i jeszcze zanim na dobre to do nas dotarło, straciliśmy drugiego bliźniaka. Strach o ciążę bardzo się wtedy nasilił, ale na szczęście wszystko się ułożyło i dziś, kiedy nasza druga córeczka tak pięknie się rozwija pod moim sercem, ja myślę, że już całkowicie pogodziłam się ze wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. Tak się stało i nic już nie jestem w stanie z tym zrobić. Wiedząc, że już nie długo na świat przyjdzie nasze drugie dziecko, łatwiej też mi mówić o poronieniu. Stąd też właśnie teraz ten post. Teraz kiedy córeczka szaleje mi w brzuszku, ja mogę spokojnie napisać ten tekst, wcześniej po prostu nie byłam gotowa.

Najbardziej chciałbym tym wpisem przekazać, że ból mija. Jeśli ktoś mówi, że potrzeba czasu to ma rację, bo rzeczywiście mijający czas ma tu ogromne znaczenie. Pierwsze momenty są niebywale trudne, ale ten ból po stracie też jest nam bardzo potrzebny. To po prostu trzeba przeżyć. Płacz, żal są bardzo ważne i nie należy myśleć, że robimy źle, że się użalamy. Złe i przykre emocje trzeba z siebie wyrzucić.
U jednych kobiet będzie to trwało kilka tygodni, miesięcy, a u innych może lata. Każda z nas przechodzi to zupełnie inaczej.
Zapomnieć nie zapomnę nigdy. Nie da się, zresztą ja nie chce. Mam w sercu i pamięci moje malutkie aniołki i tak już zostanie na zawsze.


JAK PRZYGOTOWAĆ STARSZE DZIECKO NA POJAWIENIE SIĘ RODZEŃSTWA?

No właśnie, jak przygotować starsze dziecko/dzieci na pojawienie się rodzeństwa? To pytanie powraca do mnie co chwilę, od kilkunastu tygodni.
Na początku ciąży starałam się tym nie przejmować, ale teraz, kiedy już coraz bliżej do terminu, to coraz bardziej ten temat nie daje mi spokoju.

Patrzę na naszą Lili i w większości mam jednak sporo obaw. Na dzień dzisiejszy Lilka jest bardzo uradowana z faktu, że będzie mieć siostrę. Pyta o nią, przytula się do brzuszka, opowiada, całuje. Jednak to nie zmienia faktu, że ona ma dopiero 3 latka i to bardzo mało, biorąc pod uwagę, jakie zmiany ją czekają lada moment. Pojawienie się noworodka w domu niesie za sobą ogromne zmiany, których tak naprawdę nawet nie potrafię jej dokładnie wytłumaczyć, bo wiem, że w większości nie zrozumie (zresztą nawet ja przy Lili nie wiedziałam jak wielka rewolucja nas czekała). Dla Lili dodatkowo, oprócz pojawienia się na świecie siostry, rozpocznie się także przedszkole. Wszystko nałoży się praktycznie w tym samym czasie. Jedna wielka rewolucja dla małego człowieka.
Dziś Wam zdradzę, jak zamierzam się zabrać za uświadomienie Lili, że nasza rodzina wkrótce się powiększy. Czy się uda, nie mam pojęcia, jednak mam nadzieję i ogromnie wierzę w to, że wszystko dobrze się ułoży.

Aktualnie jestem z maleństwem w brzuszku już w 26 tygodniu i w związku z przygotowaniem Lili, robię praktycznie niewiele. Oczywiście Lili wie, że u mamy w brzuszku jest dzidzia, ale na tę chwilę tylko ta informacja w zupełności jej to wystarczy. Jeśli powiem jej, że za 3 miesiące będziemy mieli w domu małe dziecko, które będzie potrzebować dużo mojego czasu, poświęcenia, uwagi i opieki, to ona i tak tego nie zrozumie, dzieci w jej wieku nie mają, aż takiego pojęcia czasu.
Na wielkie zmiany zaczniemy ją przygotowywać tak naprawdę pod sam koniec. Wtedy, kiedy powiem, że wszystko wydarzy się za chwilę i zmiany rzeczywiście na dniach nastąpią. To nie znaczy, że teraz ją odcinam od tematu, bo przecież widzi, że brzuszek rośnie, zresztą jak już wyżej pisałam, sama przychodzi się do niego przytulać i głaskać. Jeśli kupuję coś do wyprawki, od razu jej pokazuję, mówię co to, do czego będzie służyć i razem wszystko chowamy, a na poważną rozmowę dopiero przyjdzie czas.
Wiem na pewno, że jedyna rzecz, jakiej bym nigdy nie zrobiła to ograniczenia kontaktów z Lilką. Jakiś czas temu czytałam artykuł, gdzie było polecane, aby właśnie stopniowo zacząć coraz mniej czasu poświęcać starszemu dziecku. W końcu i tak za chwilę będziemy tego czasu mieli mniej, więc dziecko ma się w swego rodzaju sposób przyzwyczaić.
Nie pochwalam tego, po prostu bzdura totalna. Właśnie musi być na odwrót i trzeba tego czasu poświęcać dziecku jak najwięcej. U nas na szczęście nie musimy się martwić, bo cały czas jesteśmy razem i do głowy, by mi nie przyszło, żeby teraz zacząć ten czas jakoś skracać i ograniczać. Cieszę się, że możemy cały dzień być razem i w pełni korzystać z ostatnich tygodni we dwie.

Jak to się wszystko ułoży, dopiero zobaczymy. Wiem na pewno, że jak bardzo nie będziemy się starać, to i tak będzie ciężko. Nawet jeśli Lili łagodnie zareaguje na zmiany i pojawienie się noworodka, to nie łatwo będzie jej się tak szybko odnaleźć w nowej sytuacji. Zresztą nie tylko jej, ale i nam rodzicom. To przecież my musimy zrobić wszystko, aby w pełni zaspokoić potrzeby jej, jak i malutkiej siostry. To w naszych rękach leży, żeby zapewnić starszemu dziecku w tych zmianach jak najwięcej poprzedniej codzienności i wsparcia, bo dla tak małego człowieka to ogromna zmiana, której przecież samo do końca nie rozumie.


5 WYJĄTKOWYCH MOMENTÓW ZWIĄZANYCH Z MOIM DZIECKIEM

Obserwowałam ostatnio bawiącą się Lili. Taką roześmianą, pełną energii, biegającą i śpiewającą. Cudownie jest ją mieć i być jej mamą.
W ciągu trzech wspólnych lat są za nami chwile lepsze i gorsze, momenty pełne śmiechu, jak i te gorsze z płaczem i smutkiem.
W ciągu całego tego czasu było też kilka momentów naprawdę wyjątkowych. Takich, które zostają w pamięci na zawsze i za każdym razem, kiedy o nich pomyślę mam uśmiech na twarzy, a oczy mokre od łez wzruszenia. Każda mama ma swoje momenty, które są dla niej troszkę ważniejsze niż codzienność, ale myślę, że wiele z Was pomyślałby o tych samych co ja.

1. CIĄŻA
Lili ten wspólny dla nas stan pozna z moich opowiadać i zdjęć. Ciążę z Lilką wspominam w większości w samych plusach. Każdy dodatkowy centymetr na brzuchu i każdy mały kopniaczek wynagradzał to, co było mniej przyjemne. Ta ciąża była przeze mnie bardzo wyczekana i radość trwała przez całe 40 tygodni. Uwielbiałam leżeć, głaskać brzuch i rozmyślać jak to będzie. Mówić do Lili i po prostu cieszyć się tym magicznym dla kobiety stanem. Wiedziałam już wtedy, że będzie wyjątkowo, ale nie spodziewałam się, że aż tak.

2. NARODZINY
Zwieńczeniem jednego cudu, był drugi cud. Moment narodzin dziecka to chwila po prostu niezwykle wyjątkowa i wzruszająca. Ból przestaje mieć znaczenie, kiedy w końcu możesz przytulić swoje upragnione dziecko. Wyczekane i wymarzone. Nigdy nie zapomnę jaka Lilka była wtedy malutka i jak patrzyła na mnie ciemnymi oczkami. Czas stanął wtedy dla nas w miejscu.

3. PIERWSZE URODZINY
Każde są ważne, ale zdecydowanie te pierwsze są najbardziej wyjątkowe. Wyczekane, zaplanowane i długo przeżywane. Już na długo przed myślałam o tym, jak Lili zareaguje na przyjęcie, prezenty, tort i całą rodzinę w komplecie. Była ogromna ciekawość, trochę wstydu i strachu, które po chwili przerodziły się w uśmiech, który nie schodził z buźki. Ja nie mogłam uwierzyć, że ten pierwszy rok tak szybko nam upłynął, zdecydowanie za szybko.

4. PIERWSZE SŁOWO "MAMA"
Mimo, że tak długo czekałam, to pamiętam, że z zaskoczenia nie wiedziałam co zrobić. Wzruszenie przeplatało się ze szczęściem i ogromną dumą. Pierwsze świadome "mama" z ust dziecka jest niezwykle wzruszające.

5. PRZYTULANIE
Lili jest dzieckiem bardzo przytulaśnym i uczuciowym co ogromnie mnie cieszy. Tulenie to najpiękniejsza chwila bliskości z dzieckiem. Uwielbiam, kiedy to Lili sama przychodzi i opłata mnie swoimi małymi rączkami. To cudowne uczucie, kiedy w moich ramionach znajduje ukojenie i przestaje się bać.


Podzielcie się koniecznie swoimi wyjątkowymi chwilami z dzieckiem :).

ZESPÓŁ ZNIKAJĄCEGO BLIŹNIAKA

Zespół znikającego bliźniaka, czyli przypadłość, o której nie miałam pojęcia, dopóki mnie nie spotkała. Ciąża, w której aktualnie jestem, była z początku właśnie ciążą bliźniaczą.

Zespół znikającego bliźniaka, czyli tak naprawdę VTS (vanishing twin syndrome), wcale nie jest rzadką przypadłością. Po zainteresowaniu się tym tematem wyczytałam, że tego typu powikłanie ciąży wielopłodowej zdarza się, aż u 30% ciąż bliźniaczych. Przecież to naprawdę bardzo dużo.

W naszym przypadku zawsze brałam pod uwagę, że możemy mieć bliźniaki. Miała je moja babcia, a ja jestem jej jedyną wnuczką. Podczas pierwszego USG w pierwszej, jak i drugiej ciąży pierwsze, o co pytałam to właśnie to, czy maluszek jest jeden. Tym razem było podobnie i ponownie usłyszałam, że będziemy mieć jedno dziecko.
Możecie sobie wyobrazić, w jakim byłam szoku, kiedy podczas kolejnego badania okazało się, że jednak pęcherzyki ciążowe są dwa. Badanie trwało dosyć długo, ja zaczęłam się już denerwować i martwić, że coś jest nie tak, aż w końcu lekarz w uśmiechem oznajmia, że ciąża jest bliźniacza. Jak się też okazało po chwili, na ciążę bliźniaczą wskazywały również moje wyniki krwi, a konkretnie badanie hormonu beta HCG, który miało z początku bardzo szybki przyrost. Niestety poprzedni lekarz nic mi o tym nie wspomniał.
Nie od razu to do mnie dotarło. Ogromny szok przeplatał się z niedowierzaniem i strachem. Mimo że kompletnie się już nie spodziewałam takich wiadomości, to chyba nawet dosyć szybko się oswoiłam, że na świat prawdopodobnie przyjdzie dwoje dzieci. Prawdopodobnie dlatego, że lekarz od razu zaznaczył, że teraz musimy czekać, ponieważ jeden pęcherzyk był mniejszy, niż powinien. Czekałam 2 tygodnie na kolejne USG. To był strasznie długi czas, dni dłużyły się niemiłosiernie, ale w końcu się doczekałam.
Nie spodziewałam się tak naprawdę niczego. Co prawda przyjęłam już do wiadomości, że maluszki są dwa, to nadal miałam na uwadze, że jednak może się to wszystko inaczej zakończyć i dobrze, bo chyba tylko to pozwoliło mi w miarę przyjąć wiadomość, że jednak drugi maluszek nie dał rady się rozwinąć. Podczas badania na ekranie monitora było już widać tylko jedno bijące serduszko.

Dlaczego tak się dzieje w większości nadal nie wiadomo. W niektórych przypadkach na pewno odpowiedź dałyby badania. Podaje się, że przyczynami takiego zdarzenia mogą być nieprawidłowa implantacja łożyska, nieprawidłowości chromosomalne, anomalie przyczepu pępowiny, czy też jeden z płodów może być po prostu silniejszy i przez to zabiera słabszemu środki odżywcze, wymuszając tym samym jego śmierć.
Mimo tak dużej liczebności tej przypadłości wiele kobiet nawet nie zdaje sobie sprawy, że były w ciąży bliźniaczej. Po prostu między jednym, a drugim badaniem pęcherzyk ciążowy pojawia się i zanika. Objawów VTS praktycznie nie ma. Jedyne potwierdzenie to badanie USG, które konkretnie pokazuje ilość pęcherzyków, czy już płódów lub tak jak w moim przypadku szybki przyrost bety, ale akurat tu badanie krwi musi być regularnie powtarzane, żeby ten przyrost zobaczyć.
Po zaniknięciu bliźniaka w większości przypadków po prostu się on wchłania w organizm matki lub drugiego płodu. Czasami zdarza się, że kobieta przechodzi swego rodzaju poronienie, któremu towarzyszy krwawienie i skurcze macicy, ale przeważnie nie jest to groźne dla życia jej i drugiego dziecka.


W naszym przypadku wszystko trwało bardzo szybko. Dowiedziałam się o ciąży bliźniaczej, a 14 dni później po bliźniaku nie było już śladu.
Tak naprawdę nie zdążyłam się jeszcze na dobre oswoić ze zmianami, jakie nas czekają, kiedy już usłyszałam, że jednak maluszek będzie jeden. Dziś myślę co jakiś czas, jakby to było. Mimo przerażenia, które mi wtedy towarzyszyło wiem, że przecież dalibyśmy radę. Początkowa rewolucja przerodziłaby się w coś cudownego.

1000 PIERWSZYCH DNI

Czwartego czerwca 2013 roku zostałam mamą, był to wtorek i o godzinie 18.13 stał się dla nas prawdziwy, wymarzony cud. Moment narodzin dziecka to chwila magiczna i wyjątkowa, o której nie da się zapomnieć i do której ja często lubię wracać. Wspominam, przeglądam zdjęcia i po cichu uśmiecham się, ponieważ wiem, jak wiele spotkało mnie szczęścia.
Dziś dokładnie ostatniego dnia lutego w roku przestępnym 2016, mija równe 1000 dni, od kiedy jesteśmy razem i, od kiedy to szczęście wypełnia nasze życie.
Ja zostałam mamą, a Lili naszą córką i mimo, że mieliśmy dziewięć miesięcy na przygotowanie się, to jednak tamta chwila wywróciła wszystko do góry nogami. Pojawiły się emocje, o których nie miałam pojęcia, nie sądziłam, że potrafię tak kochać i, że ta mała istotka tak bardzo zmieni nasze życie. Po prostu miłość w najczystszej postaci.

Jak pewnie każdej mamie i mnie ciężko uwierzyć, że czas tak szybko ucieka. Dopiero co nerwowo oczekiwałam zwiastunów zbliżającego się porodu, a tu biega mi po domu mała blondyneczka, której buzia się wprost nie zamyka i od której słyszę, że mnie kocha. No, czy może być coś piękniejszego?
Słowa, że dziecko jest darem, wcale nie są przesadzone. Dziś wiem, że życie bez dziecka jest inne. Może nie gorsze, ale na pewno puste. Brakuję tego czegoś, tego co może wypełnić tylko ten maluszek i zrozumiemy to dopiero w chwili, kiedy przytulimy to maleństwo po raz pierwszy.

1000 pierwszych dni przyniosło nam tak wiele. Nasz dom wypełnia miłość, najpiękniejsza na świecie. Jest tyle radości i powodów do śmiechu, ale oczywiście nie tylko. Ten czas, od kiedy jesteśmy razem, wniósł w nasze życie też zmęczenie, czasem nerwy, płacz i złość. Emocji naprawdę dużo, ale przecież to wszystko jest nam potrzebne i ma swój ogromny sens, bo czy macierzyństwo byłoby takie fajne, gdyby ciągle buzie nam się uśmiechały? Problemy i złe momenty też mają swoją rolę i cel. Przecież po burzy zawsze wychodzi słońce, a plusów warto dostrzegać w każdej sytuacji, nawet tej pozornie złej.
1000 pierwszych dni to w naszym przypadku dużo przytulania. Uwielbiam ciągle tulić Lilkę i dziś ona sama pokazuje, jak bardzo jest jej to potrzebne. Teraz w ciągu dnia to ona często przychodzi na przytulaski. Przytulanie to dla nas najlepszy sposób, żeby odgonić wszystkie smutki i złości. Wychowanie w rodzicielstwie bliskości to chyba najlepsze co możemy dać dziecku.
1000 pierwszych dni to też ogrom nauki. Dla Lili, która ciągle uczy się wszystkiego po kolei. Nauki i dla nas, uczymy się nowych emocji, nowych ról, odpowiedzialności za nasze dziecko i tego, aby być jak najlepszym rodzicem.
Te 1000 dni zmieniło i wniosło w nasze życie, jak i życie całej naszej rodziny jeszcze wile różnych spraw. Jednak ważne jest też to, że ten czas dał mi samej potwierdzenie tego, o czym kiedyś tylko myślałam. Spełniło się to, że rola mamy jest dla mnie najważniejsza, nic więcej mi nie potrzeba. Nie mówię oczywiście, że jestem idealna, bo tak nie jest, ale sama w sobie czuję, że jestem tu, gdzie być powinnam. Wychowanie Lili daje mi całkowite spełnienie, a te 1000 dni to dopiero początek niesamowitej przygody, która czeka mnie jako mamę.


JAKO MAMA CZASAMI MAM DOŚĆ

Ciąża z Lili nie była zaskoczeniem. Decyzja o dziecku była przez nas poważnie przemyślana i wspólnie podjęta. Dokładnie wiedziałam, czego chcę. Chciałam być mamą, dać życie małej istotce, która będzie dla nas wszystkim. Wiedziałam, że to będzie najważniejsza rola w moim życiu i nie pomyliłam się. Od dnia narodzin Lili, codziennie się o tym przekonuję na nowo, a o moich niekończących się uczuciach możecie poczytać: TUTAJ.
Macierzyństwo daje mi spełnienie. Czuję wewnętrznie, że jestem tu, gdzie powinnam. Nie chce niezwykłej zawodowej kariery, wielkiego wykształcenia. Ja chce być po prostu mamą, najlepszą dla mojego dziecka.
Mimo, że tak cieszę się z tego, jak wygląda moje życie to jednak są momenty, czy dni, że mam dość. Tak po prostu, przychodzi taki dzień, że wszystko zaczyna mnie przerastać. Najzwyklejsze błahe sprawy, jak posprzątanie, rozwieszenie prania, zabawa, czy wyjście z Lilką na spacer powodują we mnie złość. Wtedy jedyne co chce zrobić to zamknąć się w pokoju i być tylko sama dla siebie. Usiąść w ciszy i spokoju, pomyśleć, ponudzić się w samotności.
Nie jest mi wstyd i nie mam problemu z tym, że tak się dzieje, że dopadają mnie te gorsze momenty. Myślę, że większość, jak nie każda z nas, matek ma podobnie.

Jestem ogromnie wdzięczna Lili dziadkom, których mam blisko i dzięki, którym mam możliwość mieć ten czas tylko dla siebie. Dla mnie to naprawdę ważne. Mimo, że macierzyństwo było moim marzeniem, to jednak nie potrafię oddać się dziecku bez reszty. To, że urodziłam dziecko nie zmienia faktu, że nadal bardzo potrzeba mi czasu tylko dla siebie samej.
Dając Lilkę na kilka, kilkanaście godzin pod opiekę dziadków, mogę na spokojnie zająć się tym, co lubię, a co najważniejsze zawsze przez ten czas zdążę za nią zatęsknić. Wtedy, mimo że jeszcze rano miałam wszystkiego dość, już wieczorem nie mogę się doczekać, żeby ją zobaczyć i mocno przytulić.
W takich momentach ze zdwojoną siłą wracam do roli bycia mamą. Znów mam chęci i energię, a kolejne obowiązki domowe nie powodują niechęci i grymasu na twarzy.

Taka chwila odskoczni należy się każdej kobiecie, ale wiem, że nie każda ma na to możliwości. Niestety, ale właśnie brak czasu na swoje przyjemności może powodować u nas frustrację i złość. Mimo ukochanego dziecka u boku, czegoś zaczyna nam brakować. Brak wolnej przestrzeni wywołuje złość, niezadowolenie, które mogą odbić się później na dziecku, związku, czy nawet nas samych.
Dlatego warto, żeby każda z nas miała jakiś swój sposób na, chociaż chwilę relaksu, na odreagowanie, czy pozbycie się złego nastroju. Mama powinna być w pełni zadowolona, więc starajmy się, aby ta radość była w nas jak najczęściej, a moment, kiedy mamy dość był rzadkością.


BEZCENNA MIŁOŚĆ MATKI

"Jedynym wytłumaczeniem bezinteresowności, poświęcenia, lojalności i ciepła macierzyństwa, jest miłość."
(Leroy Brownlow)

Miłość do dziecka jest bezwarunkowa i jedyna w swoim rodzaju. Z mojego punktu widzenia to uczucie największe i najpiękniejsze, jakiego dotychczas doświadczyłam. Od kiedy mam Lilię nic nie liczy się bardziej niż to, żeby zapewnić jej wszystko, czego potrzebuje. Nie chodzi mi tu o sprawy materialne, które oczywiście też są ważne, ale przecież nie najważniejsze. Chodzi mi o miłość, o interesowanie się, o uczucie do własnego dziecka, po prostu o bycie przy nim.
Od samego początku mówię do Lilki o tym, co do niej czuję. Chce, żeby wiedziała, jak wiele dla mnie znaczy i jak bardzo ją kocham. Czasami same uczucia nie wystarczą i trzeba o nich mówić. Powtarzać dziecku jak najczęściej, jak bardzo jest dla nas ważne.

Matka dla dziecka jest w stanie wiele poświecić. Od momentu, kiedy zostałam mamą, wszystko zmieniło swoją kolejność. Na pierwszym miejscu stawiam wszystko to, co jest związane z Lili. Teraz to jej potrzeby realizuję w pierwszej kolejności, a dopiero potem myślę o sobie i nie robię tego, bo tak powinnam, czy muszę, tylko dlatego, że chce. Ona jest najważniejsza i całkiem dobrze mi z tą myślą.
Zresztą o to chyba w życiu chodzi, że najpierw sami jesteśmy dziećmi, potem dorastamy, rozwijamy się, aż w końcu przychodzi czas na dziecko i od tego momentu żyjemy właśnie dla niego.
Tak właśnie było i jest u mnie i jestem niesamowicie szczęśliwa z tego, jak potoczyło się moje życie. Od momentu pojawienia się Lili, ja jestem po prostu dumna z tego, że zostałam mamą. Tak samo, jak ponad 2 lata temu, tak samo i dziś ta duma nie maleje, a wręcz rośnie i to jest właśnie miłość.

Miłość matki do dziecka jest jedyna i niepowtarzalna. Nie da się tego uczucia zastąpić żadnym innym. Dziecko od samego początku potrzebuje największego kontaktu właśnie z mamą. Jej dotyku i głosu. Prostym przytuleniem dajemy mu całkowite poczucie bezpieczeństwa. Kontakt z matką lub jego brak ogromnie wpływa na dorosłe życie. Na charakter, zachowanie i okazywanie uczuć. Dziecko, któremu jest okazywana miłość, będzie w życiu dorosłym łatwiej to uczucie przekazywało.
Tak naprawdę rola mamy i jej miłości rozpoczyna się już w ciąży. Szczęśliwa lub nie, zachowuje się z odpowiednim nastawieniem. Dba o siebie lub niestety wprost przeciwnie.
To bardzo smutne, że nie każda kobieta czuje radość z tego stanu, że nie każda mama zaspokaja u swojego dziecka tak ważne poczucie bliskości.
To jest coś, co powinien dostać każdy z nas, a niestety tak często jest inaczej. Czasami tej mamy nie ma od początku, ale nie dlatego, że nie chciała. Innym razem kobiety odtrącają dziecko z własnej woli i to jest chyba najgorsze. Rezygnowanie z tak bezcennego uczucia, które na zawsze pozostawi w dziecku pewnego rodzaju pustkę, której nie wypełni już nic innego.


CZY WYCHODZIĆ Z DZIECKIEM NA MRÓZ?

Czy wychodzić z dzieckiem, kiedy na dworze panuje mróz? To odwieczny problem wielu rodziców, a w szczególności mam. Do niedawna także ja miałam ogromne obawy i do końca nie wiedziałam jak postępować. Iść, czy nie i niestety z lęku nie wiadomo, przed czym wybierałam tę drugą opcje.

Pierwsza zima z Lili w ogóle była pełna strachu. Niby była zdrowa i tak naprawdę nic nie stało na przeszkodzie, żeby wyjść to jednak, kiedy temperatura wskazywała poniżej 0 stopni, zostawałyśmy w domu.
Dzisiaj to nawet trudno mi zrozumieć samą siebie wtedy. Gdzieś tam przeczytałam, ktoś jeszcze dopowiedział, że to niezdrowo, że dziecko się rozchoruje i uwierzyłam. Nie sprawdzając niczego, zimniejsze dni wolałam spędzać z Lili na zabawie w domu.
Zapomniałam nawet, że ja sama jako dziecko cały dzień potrafiłam bawić się w śniegu, zwłaszcza kiedy temperatura nie zachęcała do wyjścia. Muszę tutaj też dodać, że jako dziecko nie chorowałam praktycznie wcale. Przypadek? Nie sądzę.
Dziś już na szczęście wiem, że moje myślenie sprzed dwóch lat było błędem i aktualnie, kiedy nieźle mrozi, a Lilka zdrowa, wychodzimy codziennie. Dziecko wręcz potrzebuję przebywania na zimnym, mroźnym powietrzu, zresztą dla niego to nawet niezła zabawa tak samo jak dla nas, kiedy byliśmy mali. Teraz śmiało wychodzimy na dwór do - 10 stopni. Oczywiście nie są to długie spacery tylko 15-30 minutowe przechadzki w pobliżu domu. Pochodzimy, pobiegamy, poskaczemy i wracamy.
Jest takie powiedzenie, które mówi, że nie ma brzydkiej pogody, a jest tylko nieodpowiednie ubranie. Przy mrozach sprawdza się to idealnie. Nie chce nam się wychodzić z powodu zimna, ale grube ubranie, ciepłe buty i ochronny krem na odsłonięte części ciała spowodują, że będzie nam ciepło :).

Co tak naprawdę daje nam spacer w mroźnym powietrzu?
Mróz uodparnia i hartuje nasz organizm, wzmacnia się nasza odporność, giną wszystkie bakterie i drobnoustroje. Spacer w mrozie, kiedy jeszcze dodatkowo jest słoneczna aura poprawi nam samopoczucie, doda energii i sił.
Wbrew opinii to właśnie w domu jesteśmy bardziej narażeni na rozchorowanie się. Ciepłe pomieszczenia z dodatkowo suchym powietrzem to idealne miejsce dla rozwijających się wirusów. Dlatego oprócz wychodzenia, warto też porządnie wietrzyć mieszkanie.
Tak więc pamiętajmy, że warto wychodzić z dziećmi jak i samemu z domu, kiedy mrozi. Nie bójmy się przeziębienia i korzystajmy z cudownego rześkiego powietrza.


MAGIA ŚWIĄT Z DZIECKIEM

To będą już nasze trzecie Święta Bożego Narodzenia razem, trzecia gwiazdka naszej małej rodzinki. Szczerze to nawet trudno mi w to uwierzyć, ale przecież czas leci i nic na to nie poradzimy.

Dokładnie pamiętam świąteczny czas, kiedy jeszcze sama byłam dzieckiem. Ta krzątanina, czasem trochę niepotrzebnych nerwów, pyszna kolacja, prezenty, cudowny zapach mandarynek i pomarańczy. Bardzo lubiłam te dni i zawsze z niecierpliwością czekałam na grudzień.
Jako nastolatka podejścia nie zmieniłam, ale już zupełnie inaczej postrzegałam te dni. Bardziej uczestniczyłam w przygotowaniach, w rodzinie pojawiło się dziecko i wszystko znów nabrało innego wymiaru.
Minęło kolejne kilka lat i poznałam Lili tatę. Po raz kolejny odkryłam w Świętach Bożego Narodzenia coś nowego, innego, fajnego. Rodzinny czas zszedł na drugi plan i liczyło się tylko to, aby jak najwięcej czasu spędzić razem. Po sześciu wspólnie spędzonych latach na świecie pojawiła się nasza córka. Pierwsze Święta z Lilką były po prostu magiczne, trudno to nawet opisać. Wszystko robione właśnie pod nią, długie oczekiwanie, w końcu przystrajanie domu i nasza pierwsza rodzinna choinka. Podwójna Wigilia, bo przecież z Lili trzeba już odwiedzić każdych dziadków :). Bardzo intensywne dni, ale zakończone z uśmiechem i świadomością, że było tak jak powinno.

Święta z dzieckiem to zupełnie coś innego. Nagle przestajesz myśleć o swoich potrzebach, już nie jest ważne, żeby się położyć, odpocząć i te kilka dni spędzić na całkowitym relaksie. Wszystko robisz właśnie pod tego małego człowieka.
Pierwsza gwiazdka Lili była pełna wzruszeń i mojego zachwytu na jej reakcje, dosłownie na wszystko. Naprawdę to był bardzo wyjątkowy czas i bardzo żałuję, że te pierwsze Święta można przeżyć tylko jeden raz.
Na drugi rok było już o wiele bardziej świadomie. Próbowanie wielu wigilijnych potraw i ryba, która tak bardzo zasmakowała. Ciągła radość i zachwyt nad wszystkim.
Jak będzie w tym roku? Teraz można się już dogadać z Lili, jest też coraz bardziej samodzielna. Przy stole już usiądzie sama, powie co będzie chciała zjeść, poopowiada z całą rodziną, odpakuje prezenty. Będzie wesoło, to wiem na pewno.
Dziecko rośnie i tak naprawdę każde Święta wyglądają inaczej, w każdych jest coś nowego i każde na swój sposób są i będą wyjątkowe.

Ja dziś tak jak, wtedy kiedy byłam mała, znowu tak bardzo nie mogę się doczekać. Dzięki Lilce znów czuję ten magiczny czas. Wszystkie przygotowania są głównie z myślą o niej. Szykując coś, już myślę, jak na to zareaguje. Niecierpliwie czekam na jej zachwyt, uśmiech i podziw na wszystko, co zobaczy i przeżyje.
Bardzo chce i dążę do tego, aby Lili na wspomnienie o Świętach miała na buzi uśmiech, żeby i dla niej był to wyczekiwany i radosny czas. Nie obchodzą mnie brudne okna i nieposprzątane szafki, bo nie o to chodzi. Pamiętam jak moja mama już w połowie grudnia, biegała ze szmatką i odkurzaczem. Ile przez to było niepotrzebnych nerwów, a wysprzątany dom tak naprawdę w niczym nie pomógł. Święta i tak były pozytywne, a sprzątanie nie miało tu nic do rzeczy.
Święta to ma być czas wspólnego bycia razem i miłości, a nie złości i negatywnych emocji, które wpędzają nas w zły nastrój. Warto odpuścić to, co niepotrzebne i skupić się tylko na tym, co przyjemne, miłe i radosne.


W tym roku to już ostatni wpis. Święta to czas rodzinny i ja właśnie z bliskimi chcę spędzić jak najwięcej czasu :). Do zobaczenia w styczniu.

Kochani
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
życzę Wam wszystkiego, co najlepsze.
Spełnienia marzeń tych mniejszych i większych oraz dużo, dużo zdrowia.
Wesołych Świąt i cudownego Nowego Roku.

Ściskam, Alina Dobrawa.

ZATRZYMAĆ CZAS

Chcesz zrozumieć, jak szybko upływa czas? To po prostu spójrz na swoje dziecko. Jakie to prawdziwe, prawda?
Ja patrzę i ciągle jestem przerażona, tym jak szybko uciekają dni. Bardzo się cieszę, że na dzień dzisiejszy, cały czas mogę być z Lilią w domu. Wychowywać ją, obserwować jak się zmienia i najzwyczajniej w świecie, spędzać razem z nią ten cenny czas. Jednak mimo tego, niestety dużo rzeczy mnie czasem omija. W zawirowaniu codziennych obowiązków ,wiele spraw związanych z Lilką, gdzieś mi umyka.

Na dzień przed moimi trzynastymi urodzinami, na świat przyszła moja bratanica. Malutki, kochany niemowlak, który w mgnieniu oka zaczął mówić, a dziś jest już w gimnazjum i powoli wkracza w dorosłość. Tyle czasu upłynęło, nawet nie wiem kiedy.
Ja jako nastolatka w ogóle nie przejmowałam się upływającym czasem, a jeśli już to w odwrotną stronę. Często chciałam być starsza, niż byłam i oczywiście, jak chyba każdy i ja odliczałam czas do magicznej osiemnastki :).
Potem już było inaczej. Poznałam Lili tatę i nagle po tej wyczekiwanej dorosłości, każde kolejne urodziny dawały do zrozumienia, że czas jednak ucieka i to bardzo szybko.
Mając 24 lata, zostałam mamą i już ruszyło na całego. Urodziłam Lili, a tu nagle obchodziliśmy jej pierwszy miesiąc. Ledwo przywykłam do tego, że jest z nami, a ona już zaczęła chodzić. Pojutrze skończy równe 30 miesięcy, a ja się zastanawiam kiedy, jak i dlaczego tak szybko.

Chciałabym zatrzymać czas. Od kiedy jestem mamą, myślę o tym codziennie. Chciałabym, żeby chociaż każdy moment, każda chwila, trwały dłużej, żeby dzień tak szybko się nie kończył, a miesiące i lata nie uciekały w takim tempie, jeden za drugim.
Zatrzymać czas właśnie, teraz kiedy moja córeczka jest jeszcze malutka, a z jej buźki nie schodzi uśmiech, kiedy wszyscy jesteśmy zdrowi i szczęśliwi.


KIEDY ZOSTAJEMY WE DWIE

Dziś kilka słów o tym, jak to jest, kiedy zostajemy z Lilią same, my dwie, mama i córka przez kilka dni ciągle razem.
Lili tata, raz na jakiś czas wyjeżdża w delegacje. Nie ma go przeważnie 5-7 dni. Poza tym są jeszcze studia, co też powoduje, że wiele weekendów jesteśmy z Lilką we dwie.
Na samym początku mojego macierzyństwa, strasznie nie lubiłam tego czasu. Czasami byłam nawet zła, że znowu zostajemy same. Wkurzałam się, że mam przez to więcej na głowie czy, że ze wszystkim zostaję sama.

Z czasem jednak wszystko zaczęło się zmieniać, wraz z tym, jak Lilka dorasta, ja widzę coraz więcej plusów w tym, kiedy zostajemy tylko we dwie. Dziś widzę, że te dni są wyjątkowe. Fakt, będąc sama mam więcej pracy i obowiązków, ale bez przesady, wszystko idzie pogodzić, to tylko kwestia organizacji i przede wszystkim podejścia, które teraz mam zupełnie inne niż jeszcze dwa lata temu.
Kiedy jesteśmy same jest inaczej, ale to nie znaczy, że gorzej. Jeśli choroba nie pokrzyżuje nam planów, staram się jak najbardziej wynagrodzić Lilce czas bez taty. Wyjeżdżamy na wycieczki, odwiedzamy dziadków. Te dni są dla nas bardzo intensywne i próbuję wykorzystać z nich ile tylko się da, a jeśli jednak musimy zostać w domu, to także staram się zaciekawiać ją jakimiś fajnymi zajęciami, choć zdarza się też, że czas spędzamy na miłym lenistwie i nicnierobieniu.
Bardzo, a chyba nawet najbardziej, lubię nasze noce, całe łózko mamy dla siebie :). To już tradycja, że jak nie ma taty to Lilka, zajmuje jego miejsce. Od zawsze lubiłam mieć podczas spania Lili przy sobie, ale w trzech mamy już ciasno, więc kiedy jest okazja zawsze zabieram ją do siebie. Uwielbiam te noce, ostatnio Lilia śpi bardzo spokojnie, więc mogę ją tulić cały czas. Dla mnie to najpiękniejsze momenty, kiedy mogę ją mieć przez tak długi czas, tak blisko, czuć jej zapach i oddech. Po prostu cudowna bliskość, nasza bliskość.


Sama Lilka jeszcze nie odczuwa, że taty jakiś czas z nami nie ma. Choć ostatnio, powoli zaczynają się pytania, ale tylko napomni i zaraz zapomina. Wieczorami zawsze jest ich wspólna rozmowa, więc można powiedzieć, że w jakiś sposób Lilka nadrabia brak taty w ciągu całego dnia.
Dzisiaj spokojnie mogę już napisać, że takie dni są potrzebne. Zarówno mamie, jak i tacie, więc kiedy i ja mam okazję do wyjazdu, nawet się nie zastanawiam i wiem wtedy, że Lilię i tatę czeka fajnie spędzony wspólnie czas.
Ciekawa jestem Waszego zdania na ten temat :).